W najnowszej historii Sudowej Wiszni historyk profesor Roman Szust jest osobą, bez której nie sposób wyobrazić sobie życia publicznego i kulturalnego oraz oświatowego jego rodzinnego miasta, a także regionu mostowskiego. To dzięki jego staraniom wiele wybitnych postaci Sudowej Wiszni nie zostało zapomnianych, a wręcz przeciwnie – usłyszano o nich daleko poza granicami ich małej ojczyzny. W trakcie swojej długiej działalności naukowej i dydaktycznej, która trwa do dziś, profesor R. Szust wykształcił ponad tuzin historyków. Ale nasz wywiad z Romanem Maryanowym to przede wszystkim rozmowa z mieszkańcem Sudowej Wiszni i o Sudowej Wiszni, jej niedawnej historii i teraźniejszości.
Rozmowę prowadził Marian Khomyak.

– Romanie Maryanowiczu, zacznijmy od początku, od dzieciństwa. Jesteś sędzią, czy twoi rodzice są sędziami?
– Jestem mieszkańcem Sudovej Wyszny w siódmym pokoleniu. Udało mi się prześledzić linię ojcowską do metryki franciszkańskiej w archiwach we Lwowie, a linię matczyną do metryki józefińskiej. Jest to koniec XVIII – początek XIX wieku. Według tradycji rodzinnej, nasza rodzina przybyła z Czech, mieszkała przez jakiś czas w Radymnie, miasteczku niedaleko Przemyśla, a gdzieś pod koniec XVIII wieku nasz praprzodek, Mychajło Szust, osiedlił się w Sudovej Wysznej. Należeli do mieszczan, ponieważ w metrykach zawsze zapisywali: jeśli chłop, to pisali agricola, jeśli mieszczanin, to rzemieślnik, to civis. Wszyscy w naszej rodzinie zawsze mieli dopisek civis. Czym się zajmowali? Zajmowali się głównie rzemiosłem i rolnictwem. Posiadali mało ziemi, o czym opowiem na końcu. Takich zawodów rzemieślniczych było więcej, jak piekarze. Mój dziadek skończył studia w Jaworowie. Zdał egzamin czeladniczy w 1904 roku, potem długo pracował u Niesterowicza w piekarni w Jaworowie. W każdy piątek wracał do Sądowej Wiszni. Był z nim jeszcze jeden człowiek, pracowało tam ich dwóch. A ojciec biskupa Chmila ich woził. Miał dorożkę, rodzaj faetonu, odbierał ich w piątek i odwoził w niedzielę. Za przejazd płacili 5 złotych. I tak jechali we dwóch przez kilka lat. Potem zdał egzamin mistrzowski i otrzymał prawo do założenia własnej piekarni. I gdzieś w 1935 lub 1936 roku otworzył piekarnię. Zbudował nowy dom, a połowę tego domu zajmowała piekarnia. Tak było do II wojny światowej. A później, w czasie wojny, mój dziadek piekł chleb dla Armii Radzieckiej. Dlatego go nie zabrano. Bo było siedmioro dzieci, a on był już najstarszym mężczyzną, urodzonym w 1886 roku. I było łatwo. Z moich przodków najsłynniejszy był Wasyl Szust, który był prymasem bractwa Trójcy Świętej, był bogatym człowiekiem…
– Które to lata?
– Zmarł w 1902 roku. Jest pochowany wraz z żoną Marią, na grobie znajduje się pomnik z napisem: „starszy Bractwa Świętej Trójcy”. Po stronie matki byli też Ryzińscy, ale ta linia była najściślej związana nie z Ryzińskimi, a z Bednarczykami.
– Czy w Twojej rodzinie byli zarówno rzymscy katolicy, jak i grekokatolicy?
– Tak. W księdze cechowej z 1793 roku, która znajduje się w bibliotece Stefanyka, rzeczywiście są wymienieni Ryzinowie. A potem… przyjrzałem się bliżej Bednarczykom. Ponieważ Bednarczycy byli rodziną rzemieślniczą, krawcami. Wołodymyr Bednarczyk, który żył do 1930 roku, był radnym w magistracie. A w 1915 roku został wzięty do niewoli przez Moskali.
„Bednarczyk był krawcem rodziny Marsów”
– Kiedy się wycofali?
– Tak, kiedy się wycofywali. Wrócił w 1917 roku. Był w niewoli przez dwa lata. Po rewolucji wrócił przez Szwecję. Mój dziadek, Ryzinski, urodził się w 1900 roku, a moja babcia, Bronisława Bednarczyk, urodziła się w 1901 lub 1902 roku… prawie w tym samym roku. Mieli sześcioro dzieci… trzech braci i trzy siostry. Bednarczykowie mieli własny warsztat krawiecki. Tam, gdzie teraz są Foltowiczowie, mieszkał Roman Iwanowicz. To był ich dom, Bednarczyków. Wciąż pamiętam. To był duży dom, którego połowa była przeznaczona na warsztat, w drugiej połowie mieszkali. Pracowało u niego kilku uczniów, robotników. W szczególności pracował Osyp Hubal… uczył go (Hubalya – M.Kh.) , a potem pracował dla niego, dla Bednarczyka, po powrocie z niewoli. A kto jeszcze tam był… Łytwyński, ojciec Wołodymyra Iwanowicza. Często spotykałem go na cmentarzu na Spasie. Ten Litwiński żył jakieś 93 lata. Siedzieliśmy tam na ławce, opowiedział mi wszystko, w cieniu. Właściwie byli u Bednarczyków, pracowali tam. Bednarczyk był nadwornym krawcem rodziny Marsów. Wszystkie ubrania, mundury dla lokajów szyli Bednarczycy…
– Czy szyły tylko dla służby?
– Nie, wszyscy byli objęci. Był bardzo znany. W całej okolicy. Mój dziadek był już szewcem. Ożenił się z Bednarczykową. I był szewcem… Nie wiem, czy był dobry, czy nie, ale szył na zamówienie u ojców reformowanych. I dla szkoły. Szkoła dawała buty biednym dzieciom, a on te zamówienia wykonywał. Był daleko od polityki. Ale był członkiem ochotniczej straży pożarnej. I w końcu tak mu się to opłaciło, że trafił na 10 lat na Syberię, do więzienia. A jak to się stało? Bardzo ciekawe. Wojciccy mieszkali obok nas, a po drugiej stronie – Jasnogurscy i Torscy. Torski był kasjerem w kościele…
– A więc ci Torscy, których przodek był burmistrzem miasta pod koniec XIX wieku?
– Nie. Ci Torscy, którym syn zginął 2 maja pod Berlinem. Mieli ten przywilej, nie zostali przeniesieni. Mój dziadek miał wyjechać do Polski w 1944 roku. Niemcy się wycofywali. No, prawie cała rodzina wyjechała. A Ukraińcy przyszli do niego… tak mi mówili. Przyszli ci Wojciccy. Nacjonaliści. I powiedzieli mu: „Panie Ryziński, znamy pana. Nie angażował się pan w politykę, gwarantujemy, że nikt pana nie przeniesie”. No, przenieś się – nie przenieś… Ale on uwierzył, został. Z dziećmi. I w 1944 lub 1945 roku został aresztowany. Zgłosił to mężczyzna, którego nazwisko już znam. Nie chcę teraz wymieniać, bo jego rodzina tam jest. On już nie żyje. Zgłosili, że był w formacjach paramilitarnych, a przede wszystkim – że brał udział w akcji przeciwko Żydom. W Sądowej Wisznej nie było getta, a wszystkich Żydów wywieziono do Jaworowa i Lwowa. A ci strażacy, oni brali w tym udział… otaczali ich, żeby nie uciekli. I on, jak mówią, brał udział. Może brał, nie wiem. Służył dziesięć lat. Miał szczęście, że był szewcem. W obozie sowieccy oficerowie przywieźli mu skórę, a on szył im buty. Dlatego było mu łatwiej. Ile miał wtedy lat… w 1950 roku miał 50 lat. I co ciekawe: w księdze pamiątkowej warsztatu szewskiego i huzarskiego, którą masz…
– W muzeum, tak…
– …w tej księdze jest on dwukrotnie oznaczony jako zmarły. Pierwszy raz w 1945 roku…
– Jak je wyjęto…
– Tak, kiedy go wynieśli. Pochowali go… I drugi raz w 1957 roku, kiedy zmarł. Wrócił i zmarł rok później. A moja babcia zmarła w 1953 roku i też jest tam wymieniona. Ryzińska czy Bednarczyk… Nie pamiętam. Są tam wymienieni trzy razy. Dziadek spędził tam 10 lat (na zesłaniu – M.Kh.) . Może go nie wypuścili, bo był dobrym szewcem.
– Twoja rodzina składała się z klasycznych rzemieślników z klasy średniej. Próbowałeś różnych zawodów.
– Tak.
– Czyli mieliście tych, którzy zostali deportowani, część rodziny, która wyjechała do Polski. A czy byli też tacy, którzy trafili na Zachód przez obozy dla dipisów – w Kanadzie lub USA?
– Sytuacja wyglądała tak: z dwóch braci mamy (a mama urodziła się w 1927 roku, a starszych braci było dwóch) jeden został wywieziony do pracy w Austrii. Pisał, że tam mu było bardzo źle, że Lwów był widoczny z chleba, który im dawano. A po wojnie gdzieś zniknął. Moja ciotka Teresa, która była kolarką, mistrzynią sportu, bardzo znaną osobą, jeździła po świecie na różne zawody z „Czerwonym Krzyżem”, i jeden list od niego przyszedł z Anglii w 1948 roku. I to był koniec… A drugi brat zginął w ukraińsko-polskich nieporozumieniach. W 1944 roku albo… Nie pamiętam. Nawiasem mówiąc, nasza rodzina o tym nie rozmawiała. Wiedzieli, że… Nazywał się Zygmunt. Pojechali do Sełysk. Był tam Baudienst, służba drogowa. Wykonywali tam różne prace. Więc tak to oczywiście zorganizowali. Ukraińcy i Polacy jeździli w mieszanych wozach. I wtedy wpakowali w wagony najpierw Ukraińców, a potem Polaków. No cóż, tam też bili Polaków. Ciała nie znaleźli. Moja mama poszła go szukać. Była tam od 1927 roku, potem w 1944… była jeszcze mała. Ona i ciotka Terezka pojechały do Dernaków. I ludzie tam mówią… znali ich, bo robili buty, więc było blisko… a ci ludzie z Dernaków mówili: „Idź, uciekaj, bo sam ich nie znajdziesz”… I nic nie znaleźli. Taka była historia.
– Romanie Maryanowiczu, przejdźmy od razu do pańskiego dzieciństwa. To były lata 60., wczesne dzieciństwo. Jaka była wtedy Sudowa Wisznia, jeśli tak, to w kilku zdaniach?
– Sudowa Wisznia była… no, może biedniejsza niż teraz. Bo ludzie żyli biedniej, zdecydowanie. Pensje były niskie dla wszystkich. Ale miasto było czyste. Pamiętam – sprzątacze mopowali i mopowali. Wtedy – miasto było zielone. Były parki… nie było takiego pośmiewiska jak ten park przy szkole, komedia. W centrum rosły róże, było ich mnóstwo, koło Lenina. I nie zauważyłem – nigdzie nie było brudu… Jedyną rzeczą, która była niesprawna, były publiczne toalety. Było ich kilka, ale nigdy nie było tam porządku.

– Mówią, że w tamtych czasach mosty na rzece nie były zbyt dobre.
– Opowiem ci o mostach. Mosty nie były po prostu kiepskie, mosty były w katastrofalnym stanie. Więc mosty wyglądały tak: przy małej szkole, betonowe. Zostały zbudowane wtedy, na początku lat 60. Do dziś są używane, ale nie pamiętam, jak wyglądały. To było dawno temu. Drugi most był koszmarem, na targu, do szkoły.
– W pobliżu Domu Ludowego.
– Tak. Przenieśli go trochę dalej, naprzeciwko mleczarni, gdzie była mleczarnia. Ale to była awaria, nie wiem, jak ludzie tamtędy przechodzili i nikt nie utknął. Nie było tam poręczy, tylko kiepskie deski. To drugi. A trzeci – niedaleko byłego dworca autobusowego. Most tam też był kiepski. Ale był szeroki. Mówili, że to most wojskowy. Jaki wojskowy most! Pamiętam, że kiedyś były manewry wojskowe. Wieczorem przyjechali żołnierze i oznaczyli miejsce na rzece, gdzie mieli przekroczyć barierę wodną. A w nocy była ulewa. I rzeka wezbrała. I odjechali, jechali tak dumnie. Wjechali do rzeki, myśląc, że ją przekroczą. Odjechali i utonęli. Nikt nie został ranny. Transporter opancerzony został zalany wodą. Pamiętam, że sąsiedzi przynieśli im jedzenie i ubrania. Nawet Foltowiczowa, matka Romana Iwanowicza, przyniosła Tolika, mundur demobilizacyjny swojego najstarszego syna. Dała mu to czy nie, ale… A ten most, jak opowiadała mi mama, został zbudowany jako most wojskowy za czasów polskich lub austriackich. I Żydzi karmili tam ryby. Tuż obok mostu wbijano drewniane kołki, a Żydzi z rzeźni rzucali wszystkie odchody z mostu na te ostre kołki, gdzie mnożyły się robaki. A ryby tam były takie duże, opowiadała mi mama. W rzece było mnóstwo ryb. Cóż, o ile pamiętam, rzeka była jeszcze czysta. Pływaliśmy. Siedzieliśmy w rzece całe lato.
– I pływali dokładnie tam, gdzie jest ten most?
– Naszym pierwszym miejscem był dół. Niedaleko małej szkoły. Tam, na zakolu. Pamiętam, że był tam piasek. Płytko, ale rzeka była bardzo czysta. Potem niedaleko nas, przy moście. Było tam już trochę bagna, gliny. Ale całe lato chodziliśmy boso… Mosty zaczęto budować w latach 70. Iwan Stiepanowicz Shot, był budowniczym, mieszkał w Zagorodach. Był budowniczym, budował cerkwie na Kniazim Moście i Podgacie według projektu Wasyla Nahirnego…
– W latach 90-tych…
– W latach 90. tak. I tu zorganizował ludzi, przywieźli tę główną metalową część, skąd – nie wiem. I zaczęli to robić, sami to zrobili. Zabetonowali rury. Robili to latem, ludzie przynosili jedzenie i dawali pieniądze. To była bardzo pozytywna metoda. No cóż, most wyglądał dobrze, teraz wygląda strasznie. Nie ma nawet kto go pomalować. No, trochę później zbudowali most do szkoły. Ale przesunęli go trochę w prawo. Bo tam, w miejscu, gdzie jest most, tam, gdzie ta ścieżka, ścieżka, był dom Andruszewiczów. Mieszkali tam Andruszewiczowie, ci sławni – Stasik, Maryan, Dziusko, Włodyk i Kazika, była siostra, która wyjechała do Polski. Może był ktoś jeszcze, nie wiem. Braci było pięciu, sześciu. Ich tata zginął gdzieś po wojnie, kiedy zbierał pożyczki. Ale, jak mówią, były różne (wersje – M.Kh.) … Nie będę się wdawał w szczegóły… bo nie wiem. I mieszkali z matką. Matka mieszkała z nimi prawie sto lat. Ale wyjechała do Polski w latach 70., do córki, do Kaziki. No właśnie… Dziusko pracował w szpitalu; Barbarys (wtedy Wołodia, nazywali go Barbarys) jeździł motocyklem z taką rurą i dowoził towary do wiejskich sklepów. To było społeczeństwo konsumpcyjne. Była tam jedna kobieta, Rabij z domu, rodzina Kruka Mychajły Wasiljewicza, rodzina jego żony. Więc pewnego dnia jechała do Bortiatyna, a na przejeździe szlaban po prostu opadał. I uderzyła głową w szlaban – i go rozbiła… Rada miejska już się włączyła (w budowę – M.Kh.) drugiego mostu, i maszyny rolnicze też. Budowali ten most. I była też historia związana z Palijem. Pani Paliyova, która nadal mieszka w mieście…
– Palii był szefem kołchozu…
– Był prezesem kołchozu w Bałowiczach, a potem w Gostincewie. Jeden z najlepszych przywódców. Sam pochodzi z Wowczyszwycza, moim zdaniem. A kiedy umarł, był dość młodym człowiekiem, kiedy umarł… Pamiętam, że chowali go wtedy z Domu Ludowego. Była taka uroczysta uroczystość. Potem zbudowali drogę na cmentarz. W trzy dni. A wcześniej zbudował drogę do szkoły. Bo ta kobieta musiała pracować… była bibliotekarką w szkole, dlatego Palij zrobił asfalt. Teraz już to zniszczyli. Trzeba to wesprzeć. No cóż, tak czy inaczej, zbudowali most nad tym domem Andrusiewicza. Mama odeszła, nikogo tam już nie było. A temu Zastrzykowi należy się jakaś tablica pamiątkowa. Iwan Stiepanowicz. W tym tkwi siła społeczności. Jeśli tego potrzebują i jest ktoś, kto to organizuje, to dobrze to wygląda.
– Romanie Maryanowiczu, byłeś jednym z najbardziej aktywnych członków lokalnej grupy historycznej Tadeja Dmytrasewicza. Jak ta grupa była zorganizowana, skąd dowiedziałeś się o jej aktywności?
– Miałem szczęście, że mieszkałem niedaleko Dmytrasewicza. I przywiązałem się do niego jak pies.
– Ile miałeś wtedy lat?
– W drugiej klasie. 7-8 lat. Siostra żony Dmitrasewicza, Lubow Antoniwna Krukenicka, była moją pierwszą nauczycielką. Oprowadziła nas po muzeum. Wtedy wchodziło się do muzeum z ulicy, a nie z korytarza. To muzeum miało dwie sale. Przyszliśmy, była jesień, ładna pogoda. Weszliśmy, ona weszła do środka. A on siedział tak, jakby drzemał. Zaprosiliśmy go, opowiedział nam wszystko, bardzo dobrze. Spodobało mi się. Następnym razem sam poszedłem do muzeum. A wcześniej Krukenicki Bohdan Iwanowicz dał mi książkę „Skarby Kremla”. Była w niej różnorodna broń itd. To mnie zafascynowało. Różne widoki. Przeczytałem tę książkę bardzo szybko. Potem… Tadej Antonowicz w ogóle nie zajmował się rolnictwem. Chociaż pochodził ze wsi…
– Ale z rodziny nauczycielskiej…
– Tak, z rodziny nauczycielskiej. Ale mieli pole. No cóż, tak czy inaczej, byłam z nim… Innym momentem było spotkanie z nim. Jechałam konno od babci, niedaleko polskiego cmentarza. A on siedział, rosła tam lipa, spadła w zeszłym roku. Miała prawie dwieście lat. Siedział u korzeni tej lipy i rysował ołówkiem klasztor. Powstrzymałam się. Rozpoznał mnie i powiedział: „No, usiądź obok mnie, pokażę ci coś”. Nie miał też gdzie szukać informacji zwrotnej. No więc siedziałam tam z nim. I było tak, jakbyśmy się już zaprzyjaźnili, że tak powiem. Chodziłam do niego prawie codziennie. Jego żona już mnie wyrzucała. Pomógł mi nauczyć się angielskiego. I religii. Nie bał się, dał mi katechizm. Dał mi liturgię, podręczniki do liceum.
„Dmytrasevich przygotował mnie do pierwszej spowiedzi”
– Musiał mieć te książki z seminarium…
– Z seminarium. Chyba tak. I dał mi wszystko, powiedział, jak się uczyć. Przygotował mnie do pierwszej spowiedzi. I pojechaliśmy. Byłem w dziewiątej klasie. Pojechaliśmy do Bortiatyna. A w Bortiatynie był ksiądz Kaczmaryk. A ksiądz Kaczmaryk był wujem Krukienyckiego. Miał parafię gdzieś pod Leżajskiem, w Polsce. A potem, kiedy zaczęły się tam nieporozumienia ukraińsko-polskie, trafił do Bortiatyna.
– On jest prawosławny, czy nie był w podziemiu?
– Prawosławny. Nawrócił się. Pamiętam, że rano przyszliśmy na nabożeństwo, diakonem była kobieta. To była ciekawostka. I bardzo chciałem usłyszeć, kogo on upamiętnia. Nie słyszałem. Coś tam mruczał. W kościele był portret Antoniusza, księdza. On zbudował ten kościół. I patrzę – po lewej stronie ołtarza coś mi przypomina ten obraz. Wtedy przypomniałem sobie, że to Madonna Sykstyńska pędzla Rafaela. A ojciec Kaczmaryk – uwielbiał malować. I sam namalował ten obraz, Madonnę Sykstyńską.
– Czy mają taki wizerunek?
– Ale gdzie, dawno temu to rozebrali. A on miał smykałkę do sztuki i malował głównie Hucułów. Był dobry w Hucułach. I wszyscy, których tam ochrzcił, koronował, dawali im te huculskie portrety. Rządził długo, zmarł gdzieś w 1979 roku. Miał syna Orka, był strasznym pijakiem. Nauczyciel języka ukraińskiego. Pisał wiersze, takie… zabrali go do wojska, więc napisał: „Spędzisz lata, ale świat zobaczysz”… A z Dmytrasewiczem drugi moment był związany z wykopaliskami. Pierwsze wykopaliska były w latach 50. Prowadził je Ołeksij Onisymowicz Ratycz. Bardzo ciekawa postać. A w latach 70. kopali już w Deberkach. Nie w Zamczysku. Zamczysk już był rozkopany. A tam w Deberkach ludzie brali glinę. Teraz nie ma tam nawet śladu. I ten zamek został wykopany. Kusio znalazł tam grób bojara. Ale badacze doszli do wniosku, że była to Węgierka. Materiały powinny znajdować się w Muzeum Historycznym we Lwowie.
– Kopałeś, prawda?
– Tak. Zarobiłem około 70 rubli. Po szkole chodziliśmy. Bo kopaliśmy wtedy we wrześniu i październiku.
– W której klasie byłeś?
– Byłem w siódmej klasie. No i wtedy dali nam pieniądze. Dmytrasewicz mówi: „Chodźmy, wydamy pieniądze”. I zabrał nas do księgarni.
– W wiśni sądowej?
– Tak. Była wtedy księgarnia, bogata. Wybrał mi trzy książki, a ja za nie zapłaciłem. Pierwsza to „Architektura starożytnego świata”. To była czarna księga, przeczytałem ją całą. Ale przeczytałem wszystkie. Druga to „Zabytki architektury greckiej”, a trzecia o Opryszkach. Kupił po trzy książki. Ale zarobiliśmy 70 rubli, a te książki kosztowały po 50 kopiejek, więc było dość tanio. I Dmytrasewicz kazał nam przeczytać te książki. A ja przyjaźniłem się z Fołtowyczem, Romanem Iwanowiczem. Nikt do nich nie chodził. Mieszkali osobno. Jeden człowiek to ja, który poszedłem do nich do domu. Pozostali nie mieli wstępu. A Fołtowycz i ja zamawialiśmy książki z Kijowa.
– A która to była klasa?
– To już było 8-9. Foltowycz był dwa lata starszy. I jak teraz pamiętam, ulica Popudrenki 26. „Książki pocztą”. Przysyłali nam katalogi, prenumerowałem głównie literaturę historyczną, a Foltowycz literaturę matematyczną, był o orientacji inżynierskiej. Ale poszliśmy razem na pocztę, zabraliśmy te książki. Nie wyobrażam sobie, kto to teraz robi. Osyp Wasylowicz Hubal nas zachęcał.
„W domu Hubala wisiały portrety Szaszkiewicza i Szewczenki pędzla Manastyrskiego”
– Jak poznałeś Hubala?
– A on jest naszym sąsiadem.
– Masz szczęście, że masz sąsiadów.
– Tak. Foltowyczowie mieszkali naprzeciwko Hubala. A my jesteśmy trochę dalej. Ona tam jeszcze mieszkała… to nie było tak jak teraz… Ciotka Aleksandrowiczka mieszkała. Niedaleko tych Andrusiewiczów, tam gdzie jest Kazika. Niedaleko. Te domy były małe. Pamiętam Hubala, często tam chodziłem… Hubal miał kuchnię, jakąś ćwierć tego pokoju (wskazuje na swój pokój – M.Kh.) . Stała tam maszyna do szycia, na której szył. Była mała kuchnia. I był jeszcze większy pokój. W tym pokoju, jak zauważyłem, wisiał portret Szaszkiewicza i Szewczenki. Prace Manastyrskiego. Ma kilka haftowanych. Niczego innego tam nie było. Te obrazy są zwyczajne. Poszedłem do niego, opowiedział mi o strzelcach siczowych… kto by wtedy mógł o tym mówić? No więc powiedział mi i Foltowyczowi: dla mnie – zostaniecie docentem, a będziecie inżynierem. Pał tam kozę, a my go okrążaliśmy. Kiedyś ludzie byli, wiesz, życzliwsi. Sprawialiśmy mu cierpienie, biegliśmy, wchodziliśmy mu w drogę i kręciliśmy się pod nogami. Dmytrasewicz… Często… dawałem mu groszek…
– Więc nie robiłeś po prostu brudnych rzeczy…
– To było inne. Zawsze dawał mi książkę.
– Czy miał dużą bibliotekę?
– Nie. Często brał książkę z biblioteki, dawał mi ją, a potem sprawdzał, czy ją przeczytałem.
– Czy dużo dzieci w ogóle uczęszczało do klubu?
– Niezupełnie. Były już w liceum, jak na przykład twój wujek. On był w 1956 roku. Chodziły tam, było ich około tuzina. Były jeszcze trzy młodsze dziewczyny, a ja byłam w piątej klasie.
– Jesteś najmłodszy?
– Tak, uciekali przede mną. Nie chcieli mnie. Zbierali się w pobliżu Pałacu Pionierów. Nie powiedzieli mi, poszli sami. Ale zawsze ich znajdowałem.

Tadei Dmytrasevych na spacerze poświęconym lokalnej historii. Na prawo od niego Roman Szust.
– Udało ci się ich namierzyć?
– Tak. Potem się pogodzili.
– A jak wyglądały te spotkania – więcej chodziłeś po muzeum, czy siedziałeś w nim?
– Siedzieliśmy w muzeum, kiedy padał deszcz lub śnieg. A kiedy pogoda była ładna, zawsze tam chodziliśmy. Często chodziliśmy do lasu.
– Jakie tematy cieszyły się największą popularnością, o czym Dmytrasewicz lubił rozmawiać najczęściej?
– O Antoniczu…
– Czy oni byli znajomymi?
– Nie. No cóż, mógł być znajomym. Ale nic o tym nie powiedział. Pojechaliśmy do Uzdrowiska. Niedaleko Uzdrowiska poszliśmy na ostatnie wzgórze, gdzie teraz jest cmentarz. Siedzieliśmy tam, a on nam powiedział: „Stąd widać Karpaty…” itd. (śmiech – M. Kh.)
– A wzgórze to nie było wówczas ani zasiane, ani obsadzone?
– Nie. To było proste pole i ścieżki. Co ciekawe: inteligencja zbierała się w dwóch miejscach. Jedni grali w karty, inni zbierali się w lesie. A inni poszli na spacer.
– Kiedy mówisz „inteligencja”, kogo masz na myśli? Ludzi takich jak Dmytrasewicz: ukończył gimnazjum klasyczne i uniwersytet. Ilu było takich ludzi jak on i Krukenicki, którzy mieli takie samo wykształcenie w tamtych czasach?
– No nie wiem, Hnatyshak był…
– I nie było ich więcej. Wszyscy wyjechali albo zostali represjonowani.
– No cóż, widzi pan, były Dygdale…
– To znaczy, nie było starej inteligencji. Była nowa.
– Nową inteligencję stanowili nauczyciele. Dmytrasewicz pracował głównie w kadrze nauczycielskiej. Organizował tam wieczory, śpiewał w chórze. Był bandurzystą w chórach.
– Czy był to chór studencki czy także nauczycielski?
– Nie, to był chór nauczycieli. To była siła, potęga. Ale oni tego nie rozumieli.
– Czytając jego dzieła, bardzo często można usłyszeć, jak narzeka na samotność. Był z innego pokolenia.
– Powiedział mi: gdyby moja żona umarła wcześniej, poszedłbym do klasztoru. Wtedy istniały tajne klasztory. Ale tak się nie stało. Zmarł 31 grudnia. Tego dnia pochowano jego żonę. Nie wiedział. Tak mi powiedziano. Kiedy wieczorem po pogrzebie przyszły do niego dzieci, jego córka w czarnym szaliku, spojrzał na nią i zrozumiał. Powiedział: „Mamo?”. Odpowiedzieli: „Tak”. Odwrócił się do ściany i już nie zareagował. I umarł.
„Dmytrasewicz chciał uczynić Pałac Marsowy muzeum”
– Również w kwestii poruszonej przez Dmytrasewicza. Czy zabrał cię do Pałacu Marsowego?
– Nie byliśmy w Pałacu Marsowym. Przynajmniej nie pamiętam. Pałac Marsowy był jednym z obiektów, które przyciągnęły Dmytrasewicza. Dlaczego? Chciał tam zrobić muzeum. Bo te dwa pomieszczenia… powiedział, że to za mało. I był tam internat, wszystko tam było zniszczone. To znaczy, jak to zostało zniszczone? Zniszczyli to przed nimi. Była tam szkoła zooweterynaryjna, mieszkały tam dzieci, niczego nie szanowały. Byłem kiedyś w Łańcucie, tam jest wielki zamek, Potockich. Pytam Polaków: „Czemu macie taki piękny, artystyczny parkiet, a jest taki ukruszony?”. A jeden Polak mi mówi: „Ale po wojnie był tu Dom Ludowy, zrobili klub. I” – mówi – „chłopaki tańczyli, a buty mieli podkute, podkowy i zrywali parkiet”. Więc było inaczej… W szkole… cóż, nie powiedziałbym, że prowadzono tam jakieś zajęcia edukacyjne, z historii lokalnej. W Domu Ludowym działo się więcej. Wspinaliśmy się tam, po wszystkich zakamarkach. Na strychach. W bibliotece Foltowycz i ja rywalizowaliśmy – kto przeczyta najwięcej książek latem. Sukces był zmienny. Dużo czytałem, no cóż, nie wiem. Bardzo lubiłem powieści historyczne. Były chińskie opowieści. Ale książką, którą lubiłem najbardziej, którą przeczytałem w trzeciej, może czwartej klasie, były „Opowieści z Azerbejdżanu”.
– Czy Dmytrasevych mówił ci coś o Żydach? W grupie czy osobiście?
– Prawie nic o Żydach. Nikt nawet nie wiedział, że ukrywali tę Berthę Schmukler. Rodzina nawet nie wiedziała.
– Gdzieś, o czym do tej pory nie wiedziałeś?
– Tak, ani córka, ani syn. Ludzie bali się tego wszystkiego, żeby gdzieś nie donieśli itd. W domu też nie rozmawialiśmy o polityce. Kiedyś zapytałem babcię: „Gdzie są nasze dokumenty?”. Mieliśmy pole, ziemię. A ona powiedziała: „Człowieku, jak tylko Moskale się pojawili, to od razu wszystko spaliłam”.
– I płyty zostały spalone…
– Spalili płyty, spalili wszystko…
– Ty też nic nie zaoszczędziłeś?
– Nie zachowały się… O tych polsko-ukraińskich i żydowskich nieporozumieniach prawie nie było mowy. Nie pamiętam. No, może nie pytałem konkretnie. No, na przykład, mówiono nam, że był taki burmistrz, Żyd, majer. Teraz stoją tam murowane domy, ale kiedyś było ich kilka na wzgórzu. Nie mieli podwórka ani nic. A mój dziadek poszedł zbierać fasolę. Mieliśmy tam taką stajnię. To był dom, pod dachem, ale bomba spadła obok. A potem nie zrobili fundamentów i „odszedł”. Był tam jeden pokój wykończony, mieszkała tam ciocia Zajoncowa, jakaś rodzina, ale daleko. A reszta domu nawet nie była otynkowana. A mój dziadek poszedł tam po fasolę, jak to mówili, albo po fasolę… Patrz, a tam w kącie siedzi burmistrz. I już była akcja. I mówi: „Majorka, schowaj się tu do wieczora, a potem idź. Mam sześcioro dzieci”. A gdyby ich znaleźli, wszystkich by rozstrzelali… Opowiadali o lekarzu, który ukrywał się w Myszczynie, a potem go złapali. Mama opowiadała, jak go zabrali promem…
– Czy to był żydowski lekarz z Sądowej Wisznej?
– Tak. Miał takie białe włosy, taką brodę, a wiał wiatr i wszystko łomotało… Opowiadali mi też o córce Weidenbauma…
– Właściciel młyna?
– Tak, właściciel młyna. Ukrył go gdzieś.
– Z sądownictwa?
– Tak. I została tam jakiś czas, a potem ją wyrzucili. Poszła na dworzec, żeby jechać do Lwowa. Nie wiedziała, że to akcja. A urodziła się gdzieś w 1927 albo 1928 roku. Przyszła na dworzec, gdzie zobaczył ją kolega z klasy i przyprowadził policjanta. I dziewczyna została zastrzelona na miejscu, w sosnowym lesie.
– Czy policjant był Niemcem?
– Nie, Ukraińcu.
– Czy mieli pozwolenie?
– Tak, zrobili.
– Kiedy podjął Pan decyzję, że zostanie historykiem?
– Już niedługo. Ale chciałem zostać archeologiem.
– No cóż, to pewnie pod wpływem Dmytrasewicza.
– Tak (śmiech – M. Kh.)
– Romanie Maryanowyczu, porozmawiajmy o początku lat 90.: Ukraina była już niepodległa, nastąpił bezprecedensowy wzrost nacjonalizmu w społeczeństwie. Czy pamiętasz, kiedy po raz pierwszy podniesiono flagę w Sudowej Wisznie?
– Pamiętam. Pierwszy raz flaga została przyniesiona do Domu Ludowego 21 stycznia 1990 roku. Wtedy była Zluka, łańcuch. Nasi ludzie z Sudowej Wisznej pojechali do tej Zluki i akurat wtedy organizowaliśmy imprezę w Domu Ludowym.
– Kim jesteśmy?
– „Ukraińskie Towarzystwo Językowe”. Oksana Petyovka faktycznie to zorganizowała. Moim zdaniem wydarzenie było poświęcone Hołodomorowi. Bo zbierali pieniądze na film o Hołodomorze. Nawiasem mówiąc, ten film wyszedł znacznie później, bo inflacja pochłonęła te pieniądze.
– Gdzie był kręcony film?
– W Kijowie.
– A pieniądze na to były zbierane z jakichś ośrodków kultury?
– W całej Ukrainie. Zebraliśmy sporo pieniędzy. Nie pamiętam kwoty, ale od razu wysłaliśmy je do Kijowa. A kilka lat później nakręcili ten film i jest tam napisane, że wśród darczyńców była gmina Sudowowyszny… I pierwszy, który wywiesił flagę, był Zenyk Demczyszak. On już nie żyje.
– Jeśli chodzi o kościoły. Kościół Trójcy Świętej był otwarty, a Kościół Zbawiciela zamknięty. Czy kiedy był zamknięty, był tam magazyn, czy nie?
– Tak było.
– Według oficjalnych dokumentów nie było tam żadnego magazynu.
– Byłem tam. Było tam kilka skrzyń… nie było takiego magazynu jak ten w cerkwi, gdzie przechowywano len. Dmytrasewicz chciał sam wyremontować cerkiew Zbawiciela.
– I jeszcze jedno o Dmytrasewiczu: opowiadałeś mi kiedyś o cerkwi w Dmytrowiczach, że ją uratował. Jaka była jej historia?
– Historia była tam bardzo prosta. Cerkiew w Dmytrowiczach istnieje od XVII wieku. Została namalowana w 1655 roku. Dmytrasewicz i pewne grono osób, Waszczyszyn, Gul, kilku właścicieli, postanowili się nią zaopiekować. Była zamknięta od lat 50. XX wieku.
– Ale klucze mieli miejscowi…
– Tak, ludzie mieli klucze… Ja też miałem ten klucz.
– Kiedyś czytałem w odpowiednich raportach z Mostyszczyny skargi, że ludzie mają klucze i otwierają kościoły, kiedy potrzebują.
– Tam. A cerkiew była zaniedbana. Dmytrasiewicz postanowił ją wyremontować. I pewnego razu przed świętami wielkanocnymi, pod koniec lat 60., sprzątali cerkiew i Dmytrasiewicz powiedział, żebym i ja przyszedł. I przyszedłem. Właśnie dyskutowali o sztandarach – jakie one mają być. Czy to mają być wachlarze, takie cerkiewne, czy te z poprzeczką. A Dmytrasiewicz przyniósł podręcznik do liturgii z podpisem Szeptyckiego, i tam są sztandary, a nie wachlarze.
„Pod koniec lat 60. w cerkwi w Dmytrowiczach znajdowało się jeszcze wiele starodruków”
– Czy uważasz, że rodzina zachowała podręcznik?
– Chyba tak. Jego biblioteka była niewielka. Była tam jedna lub dwie małe szafki. Były tam książki o sztuce, podręczniki, a nawet „Mein Kampf” Hitlera, ale zamaskowane jako oprawa słownika słów obcych. Miał bardzo dużą Biblię. I pozwalał mi, mawiał, wziąć sobie jakąś książkę. Ufał mi, to fakt. Był wielkim człowiekiem.
– Wracając do fanów…
– Przekonał ich i zmienili się. Uderzyło mnie, że było tam mnóstwo książek. Stare wydania. Wydania pieczerskie, lwowskie, Stawropigia. Niestety, teraz nic nie ma. Był tam ksiądz E. Zanko, potem ksiądz M. Chamarnyk i jeszcze ktoś inny…
– Czyli kiedy już byli pastorami, nie było książek?
– Mówili, że nie ma. I był taki Tadyk Bardyn, taki starszy cerkiewny, i chcieli wyremontować tę cerkiew. Nikt nie chciał dać pozwolenia. Wtedy Dmytrasewycz uciekł się do podstępu – założył „Towarzystwo Opieki nad Zabytkami”, oddział przy cerkwi. Miał więc dokumenty, pieczęcie – wszystko. A władze lokalne już planowały zburzyć tę cerkiew. Jest tam też dzwonnica, już ją doszczętnie zrujnowali. Nie wiedzą, jak chronić zabytki… A Dmytrasewycz przywiózł z Kijowa tabliczkę: „Zabytek architektury. Chroniony prawem”. Powiesili ją na cerkwi. I cerkiew została zbudowana bez ani jednego gwoździa. I tak ją uratował. Ale nie pozwalają jej wyremontować. Pojechali do Lwowa, ci właściciele, do „Towarzystwa Opieki nad Zabytkami”. I pracował tam wtedy niejaki Ihor Kudin. I powiedzieli mu, że zabytek niszczą. Mamy pieniądze, potrzebujemy blachy, żeby przykryć kościół, bo przecieka. Mówi: Nie dam wam blachy, nie mam, ale dam wam radę – kupcie wiadra, potnijcie je i przykryjcie blachą. Mówią: „Panie, te wiadra są do mycia, a nie do przykrywania kościoła”. I kupili je na czarnym rynku. Zrobili z nami kiepską robotę, w kościele Zbawiciela. Dlaczego? Bo w latach 1990-1991 była okazja, żeby przykryć go blachą miedzianą. To było na maszynach rolniczych, później przewieziono do Polski. Ale potem robotnicy powiedzieli nam, że są dwie tony blachy, jedźcie tam… Wtedy kościół miał pieniądze… Potem Buriłowski pojechał do Woroneża kupić dzwon.
– Dlaczego aż do Woroneża?
– Tam wybijano dzwony.
– Czy w tamtym czasie nie było gdzie tego kupić na Ukrainie?
– Nie. Poszedł i zaszył pieniądze do pudełka w rękawach. Bo było przeważnie małe. A dwa rękawy w pudełku były wypchane pieniędzmi (śmiech – M. Kh.) I przyniósł trzy dzwonki. Jeden to ten, który dzwoni, jest duży. Drugi jest mniejszy, ale też czasami dzwoni.
– Kiedy otwarto Cerkiew Zbawiciela, w środku praktycznie nic nie było, prawda?
– Powiem ci, co tam było. Cerkiew Zbawiciela została odnowiona przez prawosławnych w 1990 roku. Albo nawet w 1989. Była w totalnej ruinie. Na strychu wybuchł nawet jakiś pożar. Jacyś ludzie urządzili tam jakąś kryjówkę. Była w fatalnym stanie. Podłoga była zerwana. Nie było ikon, ołtarzy też. Co zrobił o. E. Zanko? Zrobił podłogę w cerkwi, położył płytki. Zrobił ołtarz. Zostawili, moim zdaniem, 5 ikon: Piotra i Pawła, i dwie ikony ze starego ikonostasu: Matki Boskiej i Chrystusa, i ikonę ołtarzową z XIX wieku, namalowaną na blasze. Nie ma żadnej wartości, ale… Zostawili też Ewangelię z XVII wieku, kadzielnicę i tyle.
– Czy podział na wspólnoty – prawosławną i greckokatolicką – był bolesny?
– Cóż mogę tu powiedzieć? Możemy mówić tylko z perspektywy procesów rewolucyjnych. To była właściwie rewolucja. Było wiele sporów. Prowadzono je dość tolerancyjnie. Przynajmniej nie było żadnych walk.
– A to nie było w Sudowej Wisznej?
– Nie. Ale powiedzieli, że prawosławni czekają z kijami, żeby przejąć kościół.
– Czy czekają na ten moment?
– Tak. Ale to nieprawda, jak sądzę. Ojciec E. Zanko był porządnym człowiekiem, nie ma co o tym mówić. Ale został odepchnięty przez „Ruch”. Byli ci tak zwani strzelcy siczowi, Iwan Iwanowicz Szot… Trzeba mu oddać sprawiedliwość, zorganizował strzelców i otwarcie szedł z flagą, ale nikt nie szedł. Tutaj odegrał swoją rolę. Ale też częściowo negatywną. Bo „Ruch” zaczął naciskać na ojca E. Zanko, mówiąc, że jest agentem KGB itd… I on by wstąpił do Kościoła greckokatolickiego.
– Czy zatem istnieje możliwość, że w Sądowej Wisznie nie będzie w ogóle prawosławnych?
– To by się nie wydarzyło. Nie, zbudowaliby gdzieś tam kościół. Ale główna społeczność byłaby jedna. No cóż, tak to się stało.
– W latach 90. istniała Prosvita. Odrodziła się, nawet młodzieżowa Prosvita działała. Teraz jej nie ma. Kiedyś, pod koniec XIX wieku, a nawet później, to społeczeństwo miało swoje jasno określone zadania, te komórki miały sens. Czy Prosvita ma sens teraz? Jakie zadania mogłaby mieć teraz? Bo teraz realia są zupełnie inne.
– Widzisz, to tak samo jakbyśmy pytali: czy Narodowa Fundacja Nauki jest teraz potrzebna?
– Cóż, Narodowa Szkoła Nauki i Technologii jest swego rodzaju klubem naukowym.
– Czekaj, czekaj, to ten sam klub.
– Nie, są cele czysto edukacyjne, a tutaj – kółko naukowe. To co innego. Bo z mojego punktu widzenia Prosvita jest teraz generalnie zbędna. Jeśli mamy własną szkołę, to jest zbędna.
– No i widziałeś, jak wygląda szkoła sędziowska? Nic nie robią. Potrzebują bata.
– Ale Prosvita nie może być plagą.
– Może.
– Może? Jako organizacja publiczna.
– Tak. No cóż, właściwie nie mamy teraz „Proswity” w Sudowej Wisznej. Teoretycznie może gdzieś istnieje. Była tam Myrosława Siemionowna Szot, ale ją zaniedbała. Wcześniej była Olga Wasyliwna Kuzio. Zajmowała się muzeum i „Proswitą”. Mieli świetlicę. Przychodzili tam, śpiewali, kolędowali itd. To było potrzebne. Myślę, że nadal jest potrzebne. Ale do tego potrzeba kilku osób, które zorganizowałyby pewne rzeczy razem z Domem Ludowym. Cóż, nic się nie dzieje…
„Panie Roman, nie wstyd ci, że taka piękna deska wisi na takim obskurnym domu?” I oto – horror. Wszystko lata, wszystko spada. I zrobiło mi się go żal.”
– Wszystkie te wydarzenia, w których byłeś inicjatorem i organizatorem – ku czci o. S. Chmila, o. I. Patryla, tablice pamiątkowe, wydanie dzieł T. Dmytrasewicza w 4 tomach – kto w tych wydarzeniach przekazał najwięcej pieniędzy na sponsoring?
– To było inne… Zaczęliśmy… To bardzo ciekawe. Gdzieś w 1990 roku, mniej więcej, zorganizowaliśmy nasze pierwsze wydarzenia i to był hołd dla Dmytrasewicza. To było wielkie wydarzenie! Ludzie byli! Na balkonach… nie do pomyślenia. To było… Oksana Petyovka wie na pewno. Przyjechała Łarysa Iwanowna Kruszelnicka, wszyscy ci archeolodzy, dzieci (Dmytrasewicza – M.Kh.) . To było wydarzenie. Chodzili na cmentarz ze zniczami, w nocy, po ciemku. Ale to był entuzjazm. A kiedy otworzyli tablicę Dmytrasewicza – a Dom Ludowy był w strzępach! – i Hanna Mychajliwna Bardyn, taka bardzo aktywna kobieta, warto by o niej napisać, była działaczką „Proswity” z Dmytrasiewicza, a ona stoi obok mnie i mówi: „Panie Romanie, czy panu nie wstyd, że na takim podniszczonym budynku wisi taka piękna tablica?”. A tam – zgroza. Wszystko leci, wszystko się wali. I żal mi tego, powiem panu. I myślę sobie: zrobimy to metodą ludowej rekonstrukcji… Fedir Pietrowicz (Łukawy – M. Ch.) zrobił otwarcie – kolędę dla Domu Ludowego. Dobre otwarcie. I zaczęli kolędować, i zebrali kilkadziesiąt tysięcy dolarów. No i zaczynamy budować. Pierwsza ściana – fasada i wieża. I zrobili tę fasadę i wieżę. Tam, na ostatnim etapie, Martynec bardzo nam pomógł… Zatrudnili ekipę. Nasi robotnicy chcieli pół miliona…
– Kim są nasi?
– Z Zagorodu. Chcieli pół miliona. A my podpisaliśmy kontrakt, który opiewał na dwieście tysięcy. Ale jakoś powiedziano, że zapłacimy gotówką tylko za materiały. Martynets się wtrącił i zrobiliśmy to, ta fasada…
– A brygada była zagraniczna?
– Tak, obcy. Spali w Domu Ludowym. To była komedia. Kuzio ich karmił, w internacie. No i zrobili. Potem – druga część. Druga część, to już Stankiewicz. I zaczyna, że coś tam jest drogie… zaproponował swojej ekipie. A oni zrobili to źle. Potem – balkony. Jeden balkon kosztował 60 tysięcy, żeby go porządnie zrobić. Niektórzy z naszych „aktywistów” mówią: „Zburzmy ten balkon i nic nie zostanie”. Ja mówię: „Jak to będzie wyglądać? Nie, szukamy pieniędzy”. Znaleźliśmy sponsora, który zgodził się dać pieniądze na jeden balkon, 60 tysięcy. Dałem te pieniądze. Później znaleźliśmy drugiego patrona, radnego obwodowego. I tak zrobiliśmy dwa takie balkony. No dobrze, wyglądają dobrze. Potem zaczęły się deski. Pierwsza była deska Chmila. To była cała historia. Chmil pochodził z Sudowej Wisznej. Był pierwszym ukraińskim salezjaninem. Biskup Kotsiłowski wysłał go i kilku innych chłopców do Turynu, gdzie byli zwolennicy Księdza Bosko, założyciela zgromadzenia salezjańskiego, i tam studiowali w seminarium. Tam były nieporozumienia co do święceń – w jakim obrządku je przyjmować. Bo salezjanie powiedzieli, że powinny być po łacinie. Ale on nalegał i… i dlatego został wysłany do Argentyny. Tam komunikował się ze zmarłym papieżem Franciszkiem… Sto lat nadchodzi i, myślimy – coś zdziałamy. Subbotin, nasz student, bardzo nam pomógł. Znał włoski. Powiedział: będziemy pisać listy, ale po włosku, bo jeśli napiszemy po ukraińsku, nikt ich nawet nie przeczyta. Napisaliśmy do nuncjusza Gulliksona [1] , a on przekazał to do Rzymu. A papież wysłał list o uroczystości…
– W czyich rękach?
– Biskup Jarosław (Pryrez). On to ma… Były tam święcenia biskupie Hryhorija Komara, który teraz jest w Rzymie. Zaprosił mnie. Uczyłem go. Święcenia były w Drohobyczu, a bankiet w Truskawcu. Szedłem na ten bankiet kulejąc… a pani Ola, żona o. M. Chamarnyka [2] , już tam była (śmiech – M. Kh.) . Tak się złożyło, że dobrze mi to wyszło, bo posadzili mnie tam, gdzie były jeszcze wolne miejsca – przy stole prezydialnym. Podszedłem do Jego Eminencji Światosława (Szewczuka) i powiedziałem: „Włodzimierzu, będziemy z tobą sąsiadami”. On mówi: „Jak?” – „Jesteś ze Stryja i z ulicy Łysenki. Chyba szóstka. A nasza rodzina mieszka pod dziewiątym. A kiedy cię wybrali, ogłosili, że wybrali Światosława, którego matka jest taka a taka z rodu Krokisów”. Nasz wnuk Krokisych. No i jesteśmy… I śpiewa bardzo dobrze. Rozmawialiśmy z nim. A ja mówię: „Nie mam prawa cię zapraszać z duchowieństwa” (bo tylko biskup ma prawo, a biskup akurat stał obok), „Mogę cię zaprosić tylko z naszej wspólnoty na uroczystą akademię, na nabożeństwo nie”. A on mówi: „W czym problem?” A biskup Prirez mówi: „Tak, zapraszamy!”. A ja głupia mówię: „Może zaprosimy też nuncjusza papieskiego?”. To był Amerykanin. Mówią – dobrze! A potem wysłaliśmy listy do biskupów, do Huzara… macie je, dałem wam (do muzeum – M. Kh.) . W przeddzień uroczystości dzwonię do biskupa Jarosława: „Włodzimierzu” – mówię – „czy możemy liczyć na twoją obecność jutro?”. On mówi: „Tak, ależ skąd”… Wiedzieliśmy, że Jego Eminencja nie przyjedzie, jest w Ameryce. Ale zgłosił się nuncjusz papieski Gullikson. Myślę: będzie skandal. Tak czy inaczej, przyjechało dwóch biskupów – Komar i Prirez, i arcybiskup Gullikson… Ojciec Iwan Tyndyk [3] – to święty człowiek, powiem wam… Myślimy – gdzie zrobimy tablice? Mówię: „Będzie pasowało w Kościele greckokatolickim, bo był grekokatolikiem”. A ojciec Wołodymyr Pustelnyk [4] mówi: „Dlaczego tylko u nas?”. Myślę: poczekaj, to wpadnie nam w ręce. No, może nawet mniej. I umówiliśmy się, że będą dwie tablice – identyczne. Jedna taka tablica kosztowała, moim zdaniem, 60 tysięcy… Ale potem były jakieś wybory. I dość szybko znaleźliśmy sponsora. Tą tablicę zrobili wybitni ludzie. To Wasyl Kamienszczyk – architekt, nieżyjący już, i Lubomyr Jaremczuk (on wpadł na pomysł) i Mykoła Posikira (ostatni wykonawca testamentu). Już dzień przed konsekracją powiedziałem, że zadzwonię do biskupa i powiem: „Włodzimierzu, jak się masz, czy będą goście?”. A on: „Tak, jem już obiad z nuncjuszem”. Chyba: zniknęli. Ale potem on zajął się tą ucztą, Martynec. Coś tam zebrali…
Mówię wszystkim posłom – no, dajcie im po 200 hrywien! Niektórzy kręcili się jak węże.
– Z naszymi biznesmenami?
– Tak. Tak było z Chmilem. Tablice są normalne. Ale myślę, że jak przyjdą jutro, zaczną się kłócić albo bić pod kościołem. Bo nie może wejść do kościoła. Kościół był autokefaliczny. Dla nich był niekanoniczny dla katolików. No cóż, ale widzę, że wszystko jest w porządku: nuncjusz Galikson wchodzi do kościoła, podchodzi do ołtarza, całuje ołtarz. Biskupi idą za nim. Ksiądz I. Tyndyk zaprosił oficjalnego przedstawiciela biskupa. Dobrze, że ci biskupi (autokefalicznego Kościoła prawosławnego – M.Kh.) nie przyszli , bo to byłby skandal. Razem poświęcili tablicę. I zjedli bardzo miły obiad w „Mirażu”. Martynets dobrze się tu spisał. On generalnie jest najlepszy z naszych szefów. Można z nim porozmawiać. Tak jak z tym przywilejem magdeburskim. Chciałbym, żeby wszyscy posłowie – no cóż, dajcie im po 200 hrywien! Niektórzy kręcili się jak wąż (śmiech – M.Kh.) … Ojciec Potocznyak tam był, już nie żyje. Złożył w akademii biogram, bardzo dobry. Już nie żyje, w Anglii. Redemptorysta. No, skończyliśmy z Czmiłem – idzie Patryło. To samo: nikt niczego nie chce, trudno. No więc zebrałem biznesmenów. Może nie chcieli, ale dali pieniądze. Dali trochę, dostaliśmy trochę więcej od większych mecenasów. I tak zebraliśmy. Liczymy: są dwie tablice, nie dwie – cztery. Potem – tablica upamiętniająca Topija.
– A co z czterotomowym dziełem Dmytrasewicza?
– A na czterotomową książkę zbieraliśmy na różne sposoby. Gdzieś to mam zapisane, muszę poszukać… No cóż, zbieraliśmy fundusze dla Patryka. Lokalni posłowie dali Patrykowi dużo, po dwa tysiące każdy… Bo ja im wszystkim dałem ołówkiem. Co jeszcze zrobiliśmy?… Mówisz o czterotomowej książce. Wydawano ją na różne sposoby. Po pierwszym tomie zbieraliśmy fundusze na drugi. To znaczy, sprzedaliśmy go i wzięliśmy pieniądze na kolejny. Ale z trzecim tomem wyszło trochę gorzej, wyszło bardzo drogo. Powiedziałem wtedy, że możemy go wydrukować tylko w prenumeracie – kto by kupił z wyprzedzeniem. A jest ich bardzo mało. Dam ci jeszcze trochę do muzeum…

Prof. R. Shust podczas prezentacji pierwszego tomu spuścizny T. Dmytrasewycza w ramach Forum Książki we Lwowie. Biblioteka Naukowa Lwowskiego Narodowego Uniwersytetu im. Iwana Franki . Wrzesień 2016 r.
– Wymienialiśmy się tomami, a potem przez pomyłkę dałeś mi ten trzeci tom i nigdy ci go nie zwróciłem. I tak trafił do muzeum.
– Dobrze (śmiech – M. Kh.).
– Romanie Maryanowiczu, czy w okresie, gdy był Pan dziekanem Wydziału Historycznego Lwowskiego Narodowego Uniwersytetu im. Iwana Franki, próbował Pan wysłać jakieś praktyki studenckie do Mościszczyny? Czy były takie przypadki?
– Były, bez wątpienia. Nasi archeolodzy wszystko tu obejrzeli…
– Z kim podróżowałeś najczęściej?
– Z Jarosławem Pohoralskim. I odbywaliśmy też wspólne staże z Polakami, z polskimi studentami. Oni przyjeżdżali do nas, a my do nich. I pierwszy tom był „Krempna”, wtedy na Łemkowszczyźnie. Gmina, z której pochodził ówczesny dyrektor generalny „Switocza” Andrij Tawpas. I on pomagał finansowo. Wydaliśmy ten tom, potem kolejny. Wydaliśmy chyba trzy… Problem w tym, że Lesław Morawiecki nie żyje… To był jego projekt.
– Masz na myśli tomy „Inskrypcji”?
– Tak. A potem nasi etnolodzy, byli tu cały czas. Hryhorij Raczkowski, Mychajło Głuszko, już nieżyjący.
– Głuszko badał region Nadsania, czyli tylko tę część regionu Mostyszczyńskiego. Region Sudowyszny nie jest szczególnie interesujący dla etnografów…
– Tu nic nie ma.
– Czy często omawialiście z uczniami tematy dotyczące Sudowysznego i Mostów, aby edukować lokalnych historyków?
– Nikogo nie było. No, nikogo nie było. Był Wasylenko, bardzo dobry uczeń, dałem mu oceny Spasskiego. Będziemy musieli je wystawić. Jest ich o wiele więcej…
– Ale to wszystko na poziomie pracy studenckiej. Dopóki jesteś studentem, piszesz.
– Tak, już nie… To wstyd.
– Pana zdaniem: jak powinna rozwijać się historia lokalna w rejonie mostyszczyńskim? Powinna być w jakiś sposób zorganizowana, zinstytucjonalizowana, a nie tak, że ktoś tam coś robi, a oni to robią.
– Mam nadzieję, że środowisko nauczycielskie będzie bardziej aktywne. Ale wygląda na to, że nic z tego nie wyjdzie. No właśnie, ilu jest nauczycieli w Sudowej Wisznej? I co? Nic. Jest wielu historyków, ale nie chcą się uczyć.
– A co jest przyczyną? Brak odpowiedniego przygotowania?
– Powodem jest lenistwo.
– A więc po pierwsze?
– Tak. I nie ma chęci osiągnięcia czegokolwiek. Więc książka się ukazuje – i cieszysz się, że jest…
– Z własnego doświadczenia powiem tak: zorganizowałem konferencję poświęconą ojcu A. Przepyurskiemu i trudno było znaleźć autorów, którzy cokolwiek by napisali. Nie wszyscy byli w tym dobrzy, a niektórzy nawet zapominali. W końcu pisanie to rzemiosło. Kiedy piszesz nieustannie, masz umiejętności. A jeśli kiedyś gdzieś pisali pracę dyplomową, a potem była ogromna przerwa, to nie da się sklecić kilku zdań. I tu jest problem: boją się. Mówią: nie wiem jak, nie chcę. A jak będę wyglądał?
– No… Oni też nie uczestniczą w życiu publicznym. No, na przykład, wystawiliśmy sztukę „Andriej”. Nauczyciele z rejonu horodockiego.
– Kiedy to było?
– Gdzieś w 2015 roku. Więc dyrektor szkoły w Komarnie zapuścił brodę. Bo to jest Andriej ( śmiech – M.Kh. ). To był naprawdę spektakl. Tylko nauczyciele. Bez uczniów. I było też sprawozdanie Wołodymyra Iwanowicza Litwińskiego, mój brat był dyrektorem szkoły muzycznej w Wielkim Lubinie. Już odchodził na emeryturę i postanowił dać koncert w Sądowej Wisznej. I powiem wam, że ten koncert był bardzo mocny. Był taki chór, 100 osób. I widać… nie jak u nas, te same, te same. I tam wszystko, mimika była wyreżyserowana. To było bardzo dobre… A jak już przyszli nasi luminarze, których już nie ma – Kozak już umarł, Kałyniec – już jest stary, sami widzieliście [5] . Kto jeszcze? Maksymczuk, Stelmach. I co? Na sali zebrało się 50 osób.
– I na koniec: Romanie Maryanowiczu, czy myślisz o napisaniu wspomnień?
– Nie wiem (śmiech – M.Kh.) .
[1] Thomas Edward Gullickson – arcybiskup rzymskokatolicki, nuncjusz apostolski na Ukrainie w latach 2011–2015.
[2] Rektor cerkwi św. Michała Archanioła UKGK w Sudowej Wisznej.
[3] Proboszcz cerkwi Świętej Trójcy Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego w Sudowej Wisznej.
[4] Rektor cerkwi Przemienienia Pańskiego UGCC w Sudowej Wisznej.
[5] Rozmowę z prof. R. Szustem nagrano 26 czerwca, Ihor Kałyniec zmarł 28 czerwca.