marspalace

Wspomnienia–obrazy ks. Wołodymyra Iwaszki

Ks. Wołodymyr Iwaszko (23 maja 1908 – 22 czerwca 1995), urodzony w Sądowej Wiszni, zapisał się w historii przede wszystkim jako jeden z twórców organizacji „Płast” w Galicji (zwłaszcza w Samborze) oraz w Kanadzie. Jego życie było wypełnione niestrudzoną służbą na rzecz społeczności w trudnych realiach międzywojennej Galicji, lat II wojny światowej oraz emigracji. Niezależnie od tego, dokąd rzucał go los, ks. Wołodymyr Iwaszko potrafił być użyteczny dla ludzi ze swojego otoczenia, a szczególnie dla młodzieży, której poświęcił największą część swojej działalności.

Po przyjęciu święceń kapłańskich (4 marca 1934 r.) został mianowany wikariuszem parafii Narodzenia Najświętszej Bogurodzicy w Samborze. Równocześnie pełnił funkcję katechety w gimnazjum Towarzystwa „Ridna Szkoła”, założył „Drużynę Maryjną” oraz kierował miejscowym oddziałem „Płastu”. W latach 1941–1944 zorganizował i stanął na czele Związku Wychowawczego Młodzieży Ukraińskiej w Samborze. Od 1945 r. przebywał na emigracji – początkowo w obozach dla osób internowanych w Niemczech, gdzie również prowadził działalność duszpasterską. W 1948 r. wyemigrował do Kanady: najpierw do Winnipegu, następnie do Prince Albert, a później do Saskatoon (prowincja Saskatchewan). Już w pierwszych latach pobytu w Kanadzie faktycznie odtworzył i rozbudował organizację „Płast”, zostając pierwszym przewodniczącym Krajowej Komendy Płastu w Kanadzie.

Wspomnienia ks. Wołodymyra Iwaszki stanowią fragmentaryczne świadectwo osiemdziesięciopięcioletniego autora, spisane w 1993 r., na dwa lata przed jego śmiercią. Dotyczą one przede wszystkim wczesnego okresu jego życia – dzieciństwa, lat gimnazjalnych oraz częściowo czasu spędzonego w seminarium duchownym. Autor najwyraźniej nie zamierzał możliwie najpełniej i najdokładniej odtworzyć swojej przeszłości, dlatego zapiski mają charakter fragmentaryczny, a miejscami dostarczają jedynie skąpych informacji. Zawierają jednak szereg barwnych wspomnień, które na trwałe zapisały się w jego pamięci.

Relacja ks. Wołodymyra Iwaszki jest dość nietypowa nawet na tle swobodnej konwencji literatury wspomnieniowej. Bez wątpienia stanowi jeden z tych niewielkich, lecz istotnych elementów, które pozwalają lepiej wyobrazić sobie i zrozumieć codzienne życie w prowincjonalnym galicyjskim miasteczku pierwszych dziesięcioleci XX wieku.

Pozostaje jedynie żałować, że wspomnienia nie zostały ukończone. Publikujemy je z pewnymi skrótami (pomijając ogólne dygresje dotyczące historii i geografii Galicji), zachowując – z nielicznymi wyjątkami – oryginalną pisownię autora.

Marian Chomiak

Ks. Wołodymyr Iwaszko. Obrazki mojego życia

Nie miałem żadnych notatek ani nie korzystałem z żadnych zapisów podczas pisania tych wspomnień o wydarzeniach z mojego życia. Nie prowadziłem notatek, ponieważ nigdy nie przypuszczałem, że mogą mi się kiedyś przydać.

Na samym początku chciałbym zaznaczyć, że moje wspomnienia z życia są jedynie pewnymi obrazkami. W każdym razie byli ludzie, którzy interesowali się wydarzeniami, jakie przeżyłem, i zachęcali mnie do ich spisania. Pierwsza była moja mama. Mówiła: „Napisz coś o sobie, napisz”. Najbardziej jednak wpływała na mnie moja najmłodsza siostra, Luba, po mężu Krukenyćka, która obecnie mieszka w Sądowej Wiszni. Bardzo pragnęła, żebym coś napisał. Miałem także w Kanadzie kilka osób, które namawiały mnie do spisania moich wspomnień, twierdząc, że moje przeżycia są interesujące. Największy wpływ wywarł na mnie mój przyjaciel Stefan Wojtowycz. Dlatego postanowiłem spisać te wspomnienia – z lat dziecięcych, z okresu studiów, później z czasu mojej posługi kapłańskiej, a także działalności w „Płaście” i uprawiania sportu.

Na samym początku opowiem o moim rodzinnym miasteczku – Sądowej Wiszni.

[…]

Na wstępie trzeba wspomnieć o nazwie mojego rodzinnego miasteczka. Składa się ona z dwóch wyrazów: Sądowa Wisznia. Pierwotnie miejscowość nosiła nazwę Wisznia. Ktoś mógłby pomyśleć, że pochodzi ona od wiśni, owocu rosnącego na drzewie. Tak jednak nie jest. Nazwa wywodzi się ze starosłowiańskiego słowa oznaczającego wyniosłość lub wzniesienie, na którym osiedlili się ludzie. Nawet dziś istnieją miejscowości Łużok Górny i Łużok Dolny – jedna wieś z dwoma określeniami. Podobnie Babina Wisznia i Babina Niżna. Przymiotnik Sądowa dodano później, ponieważ w tej okolicy odbywały się sądy bojarów i książąt[1]. Sądzono zarówno osoby świeckie, jak i wojskowych. Stąd właśnie nazwa – Sądowa Wisznia.

Sądowa Wisznia leży na Wyżynie Podolskiej, na dziale wodnym pomiędzy Morzem Czarnym a Morzem Bałtyckim. Każda rzeka ma swój bieg – mniejsza wpada do większej, a ostatecznie wszystkie wody trafiają do morza. Chcę to wyjaśnić w prosty sposób: z okolic Sądowej Wiszni rzeki płyną do dwóch mórz – na południe do Morza Czarnego i na północ do Morza Bałtyckiego. Okolice te były bardzo dogodne dla wędrówek różnych plemion, przede wszystkim przemieszczających się ze wschodu na zachód. Ludzie podróżowali zarówno lądem, jak i drogami wodnymi. Rozwijał się handel.

Niedaleko Sądowej Wiszni leży miasteczko Rudki. Tam znajduje się źródło rzeki Wiszni. Z drugiej strony, w Horodiatyczach[2], gdzie przebywałem, biły obfite źródła wody. Powstał tam staw, z którego wodę kierowano na koła młyńskie mielące zboże na mąkę. Następnie woda odpływała strumieniem, zasilanym po drodze przez kolejne dopływy. Od Horodiatycz do Sądowej Wiszni jest ponad dziesięć kilometrów. Kiedy więc ten strumień docierał do Sądowej Wiszni, był już rzeką. Ludzie nazywali ją Rakówką. W rzece tej żyły raki i ryby. Mieszkańcy chodzili tam łowić ryby, choć nie było to dozwolone, ponieważ rzeka stanowiła własność prywatną[3].

Pewnego razu ojciec powiedział do mnie: „Wiesz co, Włodziu, pójdziemy na ryby, ale nikomu o tym nie mów”. I rzeczywiście poszliśmy nad Rakówkę. Tuż przed mostem w Sądowej Wiszni, obok rynku, rzeka ta wpada do Wiszni. Na początku nie spotkało nas nic szczególnego. Później natrafiliśmy na raki i zaczęliśmy je łowić. Kiedy oddaliliśmy się jakieś siedem kilometrów, przekonaliśmy się, że są tam także ryby. Wyrzuciliśmy więc wszystkie raki i napełniliśmy torby rybami. Były to duże ryby – ważące po jednym lub nawet kilku kilogramach.

[…]

Lata szkolne spędziłem w Przemyślu. Dlatego miasto to jest mi szczególnie bliskie i zawsze chętnie je odwiedzałem. Pewnego weekendu postanowiłem odbyć wędrówkę z Przemyśla do Sądowej Wiszni, ale drogą wodną – trzema rzekami: Sanem, Strwiążem[4] i Wisznią. Towarzyszem tej wyprawy był mój bliski przyjaciel Andrij Hoza. Później został kapłanem, a dziś już nie żyje[5].

Najpierw zadbaliśmy o odpowiednią łódź. Nad Sanem mieszkała rodzina Maćkiwów. Jeden z jej synów, Pawło Maćkiw, również został kapłanem i także już zmarł[6]. Od tej rodziny kupiliśmy łódź, płacąc za nią sto złotych. Była solidnie i porządnie wykonana. Zabraliśmy do niej dwa lekkie żerdzie oraz dwa wiosła. Tam, gdzie można było wiosłować, używaliśmy wioseł. Gdy jednak woda była płytka, odpychaliśmy się żerdziami, dzięki czemu płynęliśmy szybciej niż przy samym wiosłowaniu.

Pewnego razu zaplanowaliśmy kolejną wyprawę. Miałem kolegę z gimnazjum, który nazywał się Wasyl Harcula. On również został kapłanem[7]. Dokładnie wypytaliśmy o drogę, żeby nie zabłądzić. Zamierzaliśmy pierwszego dnia, około południa, dotrzeć do wsi Harcula. Tak się jednak nie stało. Gdy tylko wypłynęliśmy Sanem, nurt niósł nas bardzo szybko i już około godziny dziesiątej rano znaleźliśmy się na Strwiążu, we wsi Harcula[8]. Szybko zjedliśmy tam obiad i ruszyliśmy dalej.

Wsiedliśmy pewnie do łodzi, ponieważ wcześniej dowiedzieliśmy się, gdzie należy skręcać i gdzie napotkamy przeszkody. Przy młynach lub tamach[9] trzeba było przenosić łódź. Pogoda dopisywała, a okolica była bardzo piękna. Te dwa dni minęły nam niezwykle przyjemnie, bo już po dwóch dniach dotarliśmy do Sądowej Wiszni. Cała droga była przyjemna, a warunki na wodzie sprzyjające. Tam, gdzie widzieliśmy przeszkody lub zakola utrudniające żeglugę, przenosiliśmy łódź, oszczędzając w ten sposób czas i szybciej docierając do celu. Była to naprawdę piękna wyprawa. Niewiele już z niej pamiętam, bo minęło od tego bardzo wiele lat. Drugiego dnia późnym wieczorem byliśmy już w Sądowej Wiszni. Minęliśmy dwa czy trzy młyny. W końcu dopłynęliśmy do miejsca, gdzie był dogodny dostęp do rzeki, tam zacumowaliśmy i przywiązaliśmy łódź.

Żeby zjednać sobie miejscowych ludzi i zapobiec ewentualnym szkodom czy nawet kradzieży łodzi, zacząłem organizować wycieczki. Do łodzi zabierałem po dziesięcioro dzieci, a sam byłem ich opiekunem. Niektórzy mówili: „Po co zabierasz dzieci? Jeszcze się potopią”. Uczyłem je jednak zasad zachowania w łodzi. Słuchały mnie i bardzo lubiły pływać. Zdarzało się nawet, że starsi prosili o pożyczenie łodzi. Pamiętam, że w tym czasie ks. Modrycki był wikariuszem w Sądowej Wiszni[10]. Bardzo lubił pływać łodzią. Dorosłych zabierałem najwyżej po pięć osób.

Później rozpocząłem studia teologiczne i już nie wiem, co stało się z tą łodzią. Dobrze znałem drogę z Sądowej Wiszni do Przemyśla: pieszo, rowerem, pociągiem, samochodem – wprawdzie nie własnym – oraz rzeką. Z Przemyśla Sanem płynęło się półtorej godziny do Strwiąża, a po dwóch dniach dopływało się Wisznią do naszej przystani. Taka to była wyprawa i do dziś zachowałem o niej bardzo piękne wspomnienia.

Żeby nie opuszczać jeszcze rzeki Wiszni, chcę opowiedzieć jedno wydarzenie, które do dziś dobrze pamiętam. Miałem wtedy piętnaście albo szesnaście lat. Wybraliśmy się na połów ryb za pomocą saka. Zarzucało się go do wody, ciągnęło ku brzegowi i wyciągało ryby. Było nas pięciu chłopców. Jeden z nas był starszy. Nazywaliśmy go Piekaż. To właśnie on miał sak. Powiedział: „Dzisiaj ryby na pewno będą, bo w nocy była ulewa. Narobiła szkód. Woda jest mętna”. I rzeczywiście miał rację. Po południu poszliśmy nad Rakówkę, naprzeciw rynku, tam gdzie Rakówka łączy się z Wisznią, i doszliśmy prawie do mostu na Plebankach.

W pewnym momencie Piekaż zarzucił sak i powiedział, że coś w nim jest. Coś nie chciało puścić. Podszedł drugi chłopak, żeby pomóc, potem trzeci, a my patrzymy – z jednej strony ogon ryby, z drugiej głowa, a nad okiem czerwony ślad po uderzeniu. Chłopcy wskoczyli do wody i zaplątali rybę w sieć. Piekaż miał niedaleko znajomego, więc zaniósł ją do niego. Ryba wtedy się nie poruszała. Nawet nie oddychała. Zaraz przyniesiono kilka wiader wody, wlano ją do dużej balii, w której zwykle się kąpano, i ustawiono ją w sieni. Kiedy ryba odzyskała siły, rzuciła się tak gwałtownie, że wylała z balii całą wodę.

Wynieśliśmy ją wtedy do ogrodu. Jeden z chłopców pobiegł po Żyda Moszka, bo chcieliśmy sprzedać rybę Żydom, którzy dobrze za nią płacili. Moszko poszedł po rabina i powiedział: „Mamy rybę, jeszcze żywą”. Rabin przyszedł, wyproszono nas wszystkich z ogrodu, został tylko Piekaż, a rabin dokonał rytualnego uboju ryby[11].

Potem przyszła pora na ważenie. Pojechali gdzieś do miasta i zważono już martwą rybę. Ważyła dwadzieścia dwa kilogramy, a nie funty. Nigdy jednak nie powiedziano nam, ile Żydzi za nią zapłacili. Była to największa ryba, jaką kiedykolwiek złowiono zarówno w Rakówce, jak i w Wiszni. Urosła do takich rozmiarów właśnie w Rakówce, żywiąc się mniejszymi rybami […]

[…]

Urodziłem się 23 maja 1908 roku w starym mieście Sądowa Wisznia. Na początku chciałbym wspomnieć o moich dziadkach. Bardzo często, opowiadając o swojej przeszłości, odwołuję się właśnie do nich.

Mój dziadek ze strony matki nazywał się Dmytro Iwaszko, a jego żona – Anna. Dziadek ze strony ojca miał na imię Iwan, a jego żona – Maria z domu Hilewycz. Oboje zmarli młodo.

Dziadek ze strony matki posiadał trochę ziemi i prowadził gospodarstwo. Jego główna praca była jednak związana z koleją, gdzie pełnił funkcję wachmistrza – przełożonego odpowiedzialnego za organizację ruchu kolejowego. Do jego obowiązków należało kierowanie pociągów i wagonów na odpowiednie tory. Był w tej pracy niezwykle sumienny i nigdy nie popełnił żadnego błędu.

Poza tym bardzo angażował się w życie cerkwi – zarówno cerkwi Świętej Trójcy, jak i cerkwi Przemienienia Pańskiego na wzgórzu. W cerkwi Świętej Trójcy przez osiemnaście lat pełnił funkcję starszego bractwa oraz jego przewodniczącego. W tym czasie zrobił bardzo wiele dla świątyni, a jego ostatnią zasługą było ufundowanie pięknego nowego ikonostasu.

Dziadek i Babcia bardzo lubili gościć nas, wnuki, w swoim domu. Mieszkali w części miasta zwanej „Za Pocztą”. W Sądowej Wiszni istniało kilkanaście takich lokalnych części miasta. Niewiele z nich przetrwało do dziś. „Za Pocztą” jednak pozostało i nadal mieszkają tam ludzie. Byli to mieszczanie, silnie związani z miastem.

Kiedy Dziadek bywał w mieście, często zachodził do Ruzki. Była to Żydówka prowadząca szynk. Spotykali się tam starsi członkowie bractwa, aby porozmawiać o planach i pracach związanych z cerkwią. Nie było wówczas żadnego pomieszczenia przy cerkwi ani obok niej, gdzie mogliby się gromadzić. Niestety, przy takich okazjach również pili alkohol.

W tamtych czasach panował taki zwyczaj. Dziadek często rozmawiał ze mną na różne tematy i zachęcał mnie, abym został kapłanem. Mówił: „Po pierwsze, musisz nauczyć się dobrze żyć z drugim księdzem, bo często zdarza się, że kapłani źle ze sobą postępują, nie potrafią się porozumieć i przez to gorszą ludzi. Po drugie, trzeba umieć znaleźć sposób postępowania z wiernymi odpowiedni do ich wykształcenia i wrodzonej inteligencji. Bardzo często z drobnej sprawy rodzą się nieporozumienia, które przynoszą wielką szkodę. Trzeba nauczyć się postępować z ludźmi stosownie do ich inteligencji, wiedzy i wychowania, wiele wysłuchać, ale niewiele z tego wynosić na zewnątrz. Nie obmawiać i nie powtarzać niepotrzebnie nawet prawdy, bo wtedy zarówno wiernym, jak i kapłanowi żyje się lepiej, a w parafii panują zgoda i spokój”.

Dziadek Dmytro miał dwóch synów. Młodszy, Lew, wcześnie zmarł, natomiast starszy, Jewstachij, był krawcem. Wujek Staszko (Jewstachij) miał bardzo ciekawe towarzystwo. Zatrudniał kilku czeladników. Więcej śpiewali, niż pracowali, szyjąc ubrania. Oczywiście dobierali sobie odpowiednie pieśni. Bardzo lubili na przykład śpiewać o wianku:

„Płyńże, płyń, wianeczku,
piękny barwinku,
za miłym, za miłym…”

Niekiedy śpiewali z takim zapałem, że dyrygentowi aż pękała linijka. Jewstachij nie miał szczęścia do swoich synów. Miał ich sześciu, często chorowali i żaden z nich nie dożył sędziwego wieku.

Była jeszcze ciotka Stefa, wydana za Tomę Klosa. Także ciotka Julia wyszła za mąż za Andrija-Łukę Switenkę. Była najmłodszą córką. Andrij Switenko, którego nazywaliśmy wujkiem Łuckiem, przeniósł się do Sądowej Wiszni z Gródka Jagiellońskiego i otworzył tutaj zakład masarski. Żydzi zazdrościli mu, że jako chrześcijanin tak dobrze rozwija swoje przedsiębiorstwo. Wujek Łucko był bardzo dobrym człowiekiem. Nikomu nie wyrządził krzywdy.

Na tym zakończę opowieść o dziadku ze strony matki i jego dzieciach. Dodam jeszcze, że dziadek Dmytro posiadał kilka morgów ziemi (1 morg ≈ 0,57 ha), które rozdzielił między swoje dzieci. Gdy nadchodziły żniwa, zwoływał wszystkich młodych i chętnych do pracy, aby w ciągu jednego lub dwóch dni pomogli zebrać zboże, zwieźć je do stodoły albo wykopać ziemniaki. Było to konieczne. Każdemu z dzieci dał część ziemi. Nam również przypadł jeden lub dwa morgi, nie więcej. Otrzymaliśmy także łąkę położoną niedaleko naszego domu na Plebankach. Mój ojciec, zięć Dziadka, wykorzystał ją nie tylko do koszenia siana. Wykopał tam większy staw, do którego wpływał strumień płynący z lasu znajdującego się za koszarami, za linią kolejową. Dzięki temu mieliśmy wspaniałe miejsce do zabawy, a także do łowienia ryb.

Teraz trzeba wspomnieć o Babci Annie, bo była bardzo dobra i serdeczna. Zawsze nas gościła i wychowywała. Opowiadała nam zabawne historie i zachęcała nas do pobożnego życia.

Nasza Mama była osobą szlachetną i głęboko religijną. Jej pragnieniem było, aby jedno z nas zostało kapłanem. Dziadek natomiast powtarzał, że najstarszy syn powinien zostać poświęcony Bogu. Tak też się stało. Byłem najstarszym synem i rzeczywiście zostałem kapłanem.

Co jeszcze mogę powiedzieć o naszym ojcu Antonim? Swoją pracę listonosza, a później urzędnika pocztowego wykonywał bardzo sumiennie. Mama zawsze obawiała się, żeby Ojciec nie padł ofiarą napadu i nie został obrabowany z pieniędzy, ponieważ przez pewien czas powierzono mu obowiązki kasjera. Polegały one na dostarczaniu pieniędzy do domów ich właścicieli i wypłacaniu ich na miejscu.

Jeszcze kilka słów o Mamie, chociaż to dzieci wiedzą o niej najwięcej, ponieważ niemal cały czas przebywała w domu. Mieliśmy dzięki temu wiele okazji do rozmów, a ona wychowywała nas bardzo mądrze. Szanowała religię, okazywała szacunek rzymskim katolikom, a także wyznawcom innych religii, na przykład judaizmu. Mówiła, że my, chrześcijanie, opieramy swoją wiarę na podstawowych księgach Pisma Świętego – Psalmach i Pięcioksięgu, w którym znajduje się opis stworzenia świata przekazany przez naród żydowski. Później Żydzi poszli własną drogą i rozwinęli własną tradycję religijną. Mama uczyła nas, aby również ją szanować i nigdy nie ukrywać naszego szacunku wobec Żydów, a także wobec Polaków. Polacy należeli wprawdzie do innego obrządku niż my, jednak Mama odnosiła się z szacunkiem do każdej religii i każdego obrządku.

Na tym zakończę moje szczególne wspomnienia o Mamie. Będę jeszcze o niej pisał przy różnych okazjach, zwłaszcza wtedy, gdy będę wspominał, jak nas wychowywała. Zawsze zależało jej na tym, aby wychować nas na dobrych chrześcijan, grekokatolików. Dzięki temu zyskała opinię wzorowej chrześcijanki i dobrej matki.

Teraz chciałbym opowiedzieć nieco o nas jako dzieciach i tylko od czasu do czasu wspomnę także o naszym potomstwie. Było nas dziesięcioro rodzeństwa, lecz czworo dzieci zmarło. Troje z nich nie dożyło nawet dziesiątego roku życia. Jedynie Stefania zmarła, mając niespełna siedemnaście lat.

Stawiam sobie teraz pytanie: „Jakie jest moje najwcześniejsze wspomnienie rodzinne?”. Mam obecnie osiemdziesiąt pięć lat, a jednak pamiętam wydarzenie sprzed ponad osiemdziesięciu lat. Jest to wspomnienie o Józefie. Pamiętam go, chociaż zmarł, mając zaledwie dwa lata. Z jakiegoś powodu utkwiło mi w pamięci jego zachowanie wobec gąsiora.

W gospodarstwie mieliśmy trochę kur, gęsi i kaczek. Mama dbała o to, aby zawsze były młode gęsi. Trzymaliśmy też jedną krowę. Często tuczyliśmy i sprzedawaliśmy młodego byczka, ale nie krowę mleczną.

Mieliśmy bardzo starego gąsiora. Zaczepiał każdego, syczał i jakby chciał wszystkich nastraszyć. My, dzieci, baliśmy się go tak bardzo, że gdy tylko się pojawiał, wszyscy uciekaliśmy. Tylko Józef, czyli Osyp, nie odczuwał przed nim lęku. Był bardzo odważny, choć jeszcze zupełnie mały. Kiedy gąsior szedł w jego stronę, syczał, gęgał i trzepotał skrzydłami, Józef chwytał go za skrzydło, a nawet za dziób. I, o dziwo, to właśnie gąsior uciekał przed nim.

Dlatego tak dobrze pamiętam zarówno tego gąsiora, jak i Józefa. Pamiętam również jego śmierć. Miał, zdaje się, dwa lata i trzy miesiące, kiedy zmarł. Był niezwykle odważnym dzieckiem. Pytaliśmy Ojca i Mamę, co się stało, ale nikt nie udzielał nam odpowiedzi. Józef, czyli Osyp, odszedł. Pamiętam tylko, że Mama bardzo wtedy płakała.

Powiedziałem:

– Dlaczego Mama płacze? Przecież Józef poszedł do Pana Boga, do nieba!

– Tak, to prawda, poszedł do nieba, ale już do nas nie wróci.

– Jak to nie wróci? Przecież z nieba powinien wrócić.

– Nie, już nie wróci.

– A… więc dlatego Mama płacze.

– Tak. Płaczę dlatego, że już do nas nie wróci.

A wtedy i ja się rozpłakałem. Nie dlatego, że płakała Mama, lecz dlatego, że Józef już nigdy do nas nie wróci. Oczywiście przez cały pogrzeb – kiedy szliśmy do cerkwi, kiedy go nieśli, a potem na cmentarzu – cały czas płakałem.

To jest najwcześniejsze wspomnienie z życia naszej rodziny, jakie zachowało się w mojej pamięci.

Podobne wydarzenie pamiętam z czasu, gdy w latach 1914–1915 wybuchła wojna światowa. Miałem wtedy siedem lat, a właściwie sześć z małym kawałkiem. Wyszedłem na ulicę, ponieważ było tam pełno żołnierzy. Przychodzili i mówili językiem podobnym do naszego, czyli po ukraińsku, ale jednak inaczej – mówili po rosyjsku. Jeden z żołnierzy stał na warcie, bo wszystkie ulice były zapełnione wojskiem. Stanąłem na moście i przyglądałem się temu wszystkiemu.

W końcu żołnierz stojący na warcie powiedział do mnie:

– Chadi siuda, malczik.

Nie zrozumiałem go i zapytałem, co to znaczy. Odpowiedział:

– To znaczy „chłopiec”.

– A… dziękuję – powiedziałem.

– Podejdź bliżej!

Wziął mnie wtedy na ręce. W tym momencie nadszedł garbaty Żyd. Zgarbił się jeszcze bardziej i stanął. Żołnierz posadził mnie na jego garbie i wybuchnął głośnym śmiechem.

Nagle usłyszałem, że ktoś na mnie krzyczy. To była moja Mama:

– Natychmiast złaź! Jak możesz coś takiego robić?!

Odpowiedziałem:

– To on mi kazał.

– Nie wolno ci tego robić. Schodź, natychmiast schodź!

Chwyciła jakiś patyk i zaczęła mnie bić.

Powiedziałem:

– Mama mnie bije, ale mnie to nie boli.

Mama odpowiedziała:

– Nie biję cię po to, żeby cię bolało. Biję cię po to, żebyś to zapamiętał i więcej tego nie robił.

Dopiero teraz rozumiem, co miała na myśli. Zdarzały mi się zresztą i inne podobne kłopoty.

Chciałbym jednak opowiedzieć jeszcze jedną historię, która pozostawiła po sobie trwały ślad w mojej pamięci. W tamtym czasie istniała monarchia austro-węgierska. W połowie ubiegłego stulecia, w 1848 roku, na tron Austro-Węgier wstąpił młody cesarz Franciszek Józef I. Panował bardzo długo, chyba najdłużej spośród wszystkich cesarzy, którzy rządzili dotąd monarchią. Odznaczał się dużym zrozumieniem dla narodów słowiańskich. Spotykał się z ich przedstawicielami. Znaczny wpływ mieli na przykład posłowie, zarówno wybierani, jak i mianowani, którzy występowali w obronie swoich narodów. Tak było z Polakami, Czechami, Węgrami, a także z Ukraińcami.

Cesarz postanowił odwiedzić Galicję. Ludzie różnie później opowiadali i tłumaczyli, dlaczego się na to zdecydował. Sądzę, że przeczuwał zbliżającą się wojnę i chciał zjednać sobie liczne narody monarchii. Postanowił udać się do Galicji nie pociągiem ani samochodem, lecz cesarską, specjalnie przebudowaną karetą. Trasa miała prowadzić z Wiednia przez Kraków, ważne miasto w Polsce, dalej przez Przemyśl i Sądową Wisznię do Lwowa.

Droga była jednak w złym stanie. Postanowiono więc ją przebudować. Najpierw zwieziono ogromne ilości kamieni i ułożono je wzdłuż trasy z Wiednia do Lwowa. Były to kamienie różnej wielkości – większe i mniejsze. Następnie rozbijano je młotkami. Sam jeszcze później widziałem ludzi naprawiających tę drogę. Siedzieli przy niej, brali kamień i niewielki, ale ciężki i ostry młotek, którym rozbijali go na drobniejsze kawałki. Stąd właśnie wzięła się nazwa bita droga. Mówiono o niej także Droga Cesarska, ponieważ to właśnie nią po raz pierwszy miał przejechać cesarz.

Drogę ostatecznie wybudowano. W jednych miejscach wykonano ją bardzo dobrze i starannie, w innych – może już mniej solidnie. Budowa sprawiała wiele kłopotów. Niektórzy ludzie nie chcieli pracować bez wynagrodzenia. Ostatecznie państwo przejęło organizację robót i, aby nie płacić robotnikom, wprowadziło obowiązkowe roboty publiczne, które u nas nazywano szarwarkiem – pracą wykonywaną nieodpłatnie.

Powstawała nie tylko sama droga. Wznoszono także różne budynki, które miały upamiętniać przejazd cesarza. Organizowano rozmaite uroczystości, co przynosiło Franciszkowi Józefowi rozgłos i życzliwość mieszkańców. Wzdłuż drogi pozostawały miejsca zbiórek, magazyny sprzętu potrzebnego do jej budowy, a także mniejsze i większe place, na których składowano kamienie.

Skorzystała na tym również młodzież, ponieważ zyskała miejsca do spotkań, zabaw i pielęgnowania swoich zwyczajów, zwłaszcza uprawiania sportu. Piłka nożna rozwijała się wówczas jeszcze na poziomie amatorskim. Także w Sądowej Wiszni, dzięki budowie tej drogi i powstaniu tych placów, zaczął rozwijać się sport.

W Sądowej Wiszni, przy głównej drodze, mieliśmy dwa takie składy kamienia. Sam ich widok przypominał nam, że wydarzyło się tu coś ważnego. A więc cesarz rzeczywiście odwiedził Galicję. Ludzie niewiele mówili o cesarzu i o nieodpłatnej budowie gościńca, aby go nie krytykować.

Przy ulicy Plebanki, tuż przy Drodze Cesarskiej, urządzono niewielki plac sportowy przeznaczony dla chłopców w wieku czternastu–piętnastu lat. Był on wystarczająco duży, aby grać w piłkę nożną. Tam właśnie się spotykaliśmy.

Pamiętam pewne wydarzenie. Naprzeciw tego placu, przy Drodze Cesarskiej, mieszkał starszy Żyd ze swoją córką. Pewnego dnia przyszła do mnie, ponieważ uznali, że jestem jakby przewodnikiem naszej grupy, i poprosiła, abyśmy nie krzyczeli, gdyż jej ojciec ciężko choruje i bardzo źle znosi hałas.

Opowiedziałem o tym Mamie. A Mama powiedziała:

– Natychmiast zostawcie tę piłkę i nie przeszkadzajcie ludziom spokojnie dożyć swoich dni.

Następnym razem, gdy spotkaliśmy się na treningu, powiedziałem tej dziewczynie, że znajdziemy sobie inne miejsce. I rzeczywiście znaleźliśmy nowy plac, nawet lepszy od poprzedniego. Znajdował się trochę dalej od gościńca. Tam graliśmy, krzyczeliśmy i nikomu już nie przeszkadzaliśmy.

Mówiono jednak, że tamten pierwszy plac ma zostać przeznaczony do innych celów. Trzeba więc było poszukać innego miejsca. W tym czasie stary Żyd zmarł. Jego córka przyszła do mnie na nowy plac i powiedziała:

– Możecie wrócić na dawne miejsce. Mój tata już nie żyje i możecie się tam bawić.

Oczywiście odpowiedziałem jej, że to Mama tak mi poradziła. Dziewczyna od razu poszła do Mamy, aby podziękować jej za ten gest. To zachowanie przyniosło nam bardzo dobrą opinię i ludzie odnosili się do nas z życzliwością.

Pewnego razu zdarzyła się historia z pewnym Żydem. Przyszedł z nami grać w piłkę nożną starszy od nas Żyd, miał chyba około trzydziestu lat. Był rzeźnikiem. Zdaje się, że bardzo brzydko się odzywał, przeklinał, a nawet bił innych, ponieważ grał gorzej od chłopców. Chłopcy płakali, ale wracali, bo bardzo chcieli grać.

Podszedłem więc do niego i powiedziałem:

– Skoro już gra pan z nami, to proszę grać tak jak my.

– A jak mam grać? Nie wiem. Gram tak, jak mnie nauczono.

– Dobrze. Ale oni nie są pańskimi rówieśnikami. Jest pan od nich starszy i powinien pan mieć więcej wyrozumiałości dla tych młodych chłopców.

– Ale ja nie będę grał inaczej. Będę grał tak, jak chcę!

– Ja tylko proszę, żeby grał pan trochę grzeczniej.

Następnym razem, kiedy mieliśmy trening, znowu przyszedł. Powiedziałem mu wtedy:

– Jeśli będzie pan dalej grał tak ostro, zabiorę piłkę i pójdę do domu.

Po chwili ponownie sfaulował jednego z chłopców. Wziąłem więc piłkę i wróciłem do domu. Trochę jeszcze krzyczał, ale w końcu przestał. Powiedziałem chłopcom:

– Nie będziemy grać, jeśli on będzie tu przychodził.

Wtedy Żyd uderzył mnie w twarz.

Po dwóch czy trzech dniach do naszego domu przyszli policjanci i zapytali:

– Czy jest pani Iwaszkowa?

Mama odpowiedziała:

– Tak, to ja.

Policjant powiedział:

– Przyszliśmy podziękować pani za to, że wychowała pani syna, aby właściwie zachowywał się na boisku podczas gry. Dotarła do nas wiadomość o kłopotach, jakie chłopcy mieli z tym starszym piłkarzem. Chciałem pani powiedzieć, że sprawa została zgłoszona policji. Poszliśmy do niego i oznajmiliśmy mu, że zabraniamy mu grać z tak małymi chłopcami.

I od tej pory tak już zostało.

Po raz pierwszy w życiu dostałem wtedy w twarz. Początkowo na tym placu odbywały się różne wydarzenia. Pamiętam, że po wybudowaniu gościńca zaszły w mieście duże zmiany. Znacznie ożywił się handel, powiększył się targ – miejsce, gdzie sprzedawano i kupowano towary oraz urządzano jarmarki, na których można było nabyć niemal wszystko.

Nam, Rusinom, pozwolono zbudować własny gmach, nazwany „Narodnym Domem dla Rusinów”. W tamtych czasach Polacy rzadko używali określenia „Ukraińcy”. Ta pamiątka przetrwała aż do naszych czasów. Sam Narodny Dim był ozdobiony z zewnątrz ornamentami przypominającymi haft.

Plac położony pod lasem przeznaczony był dla starszej młodzieży. My, młodsi, rozgrywaliśmy tam mecze piłki nożnej. Miałem wtedy dwanaście lub trzynaście lat. Bawiliśmy się znakomicie i sprawiało nam to wielką radość.

Ciekawie wyglądały także targi. Dzięki nim miasto się rozrosło. Tuż przy gościńcu wybudowano rząd niewielkich sklepików. Były tam dwa place. Na jednym graliśmy w piłkę nożną, drugi był mniejszy, pięknie porośnięty trawą, i właśnie tam odbywały się targi. Przetrwały one aż do ostatnich lat przed II wojną światową – w każdą środę urządzano tam jarmark.

Był też taki zwyczaj, że na targ przyjeżdżał fotograf. Dysponował dobrym sprzętem fotograficznym, a nawet miał różne elementy garderoby. Chciał, aby każdy na zdjęciu wyglądał jak najlepiej. Ojciec zamówił więc jego usługi. Fotograf przyjechał małym wozem, przywiózł namiot i ustawił elegancki stół, który nazywaliśmy pańskim.

Wtedy wykonaliśmy wspólne rodzinne zdjęcie. Niestety, nie zachowało się ono do naszych czasów. Mama była ubrana w piękną, modną suknię, a Ojciec miał przypięte różne odznaczenia wojskowe, ponieważ służył w armii. Na fotografii byli także: najstarsza siostra Iwanka, ja jako drugi z rodzeństwa oraz mój brat Iwan. Przez cały czas płakał, bo nie chciał pozować do zdjęcia. Dopiero kiedy fotograf dał mu cukierka, uspokoił się i zgodził się stanąć do fotografii. Wszyscy wyszliśmy na tym zdjęciu bardzo dobrze.

Niestety, jak już wspomniałem, fotografia się nie zachowała. Z jakiegoś powodu Ojciec ją schował. Wydaje mi się, że miało to związek z wojną. Posiadał różne odznaczenia wojskowe, otrzymane jeszcze w czasie służby. Później jednak monarchia austro-węgierska przestała istnieć, przyszły wojska rosyjskie, a następnie kolejne armie. Sądzę, że Ojciec albo zniszczył tę fotografię, albo dobrze ją ukrył, i już nigdy więcej jej nie zobaczyliśmy.

W latach dwudziestych wydarzyła się jeszcze jedna niewielka historia. Właśnie miałem rozpocząć naukę w szkole, lecz z jakiegoś powodu zajęcia przerwano. Nie wiem dlaczego. Dopiero później, gdy miałem dziewięć czy dziesięć lat, szkołę ponownie otwarto i od razu przyjęto mnie do trzeciej klasy.

Kiedy trochę podrośliśmy, kilku ukraińskich działaczy postanowiło zorganizować kursy gimnazjalne. Mnie przyjęto do drugiej klasy, siostrę do trzeciej, innych do pierwszej. Do dziś pamiętam wielu wspaniałych, ideowych nauczycieli: Trytiaka, Zajcia, Kołcia, a najstarszym spośród nich był Molaszczij. Szkoła działała w konspiracji, ponieważ policja nie wyrażała zgody na jej funkcjonowanie[12]. Po roku wszyscy przenieśliśmy się do gimnazjum w Jaworowie. Jest to osobny, bardzo ciekawy rozdział tamtych czasów.

Także w szkole powszechnej w Sądowej Wiszni wydarzyła się pewna historia. Wtedy po raz drugi w życiu dostałem w twarz – od dyrektora szkoły. Nazywał się Hłuszkewycz.

Po jednej z lekcji geografii, podczas przerwy, razem z kolegą, który nazywał się Rak, odnieśliśmy mapę do kancelarii. Znajdował się tam magazyn pomocy szkolnych. Kiedy wychodziliśmy, trwała przerwa, a drzwi nie były dobrze zamknięte. Rak wychodził ostatni i nagle drzwi z wielkim hukiem się zatrzasnęły. Nie wiem dlaczego – wydaje mi się, że był to podmuch wiatru.

Dyrektor wybiegł z kancelarii i krzyknął, żebyśmy zaczekali. Podszedł do nas i zaczął wygłaszać pouczenie. Potem zaczął nas strofować. W pewnym momencie uderzył mnie w twarz. Raka nie uderzył, tylko mnie.

Powiedziałem:

– Panie Dyrektorze, to nie ja wychodziłem ostatni. To nie ja zamykałem drzwi.

– Ty smarkaczu! – zawołał i ponownie uderzył mnie w twarz.

Wtedy Rak odezwał się:

– To ja zamknąłem drzwi, ale nie zatrzasnąłem ich tak mocno.

Rozpłakałem się, wróciłem do domu i już nigdy więcej nie poszedłem do tej szkoły. Wtedy Ojciec udał się do szkoły i z wielkim żalem zwrócił się do dyrektora. Ten odpowiedział:

– Ale o co chodzi? Uderzyłem go po ojcowsku.

Na to Ojciec odparł:

– Ja nigdy nie biłem swojego syna, a tym bardziej nie uderzyłem go w twarz. Żegnam pana. Odchodzę i mój syn już nigdy nie będzie uczęszczał do tej szkoły.

Dlatego wróciłem do gimnazjum w Jaworowie, do drugiej klasy. Przyjmowano tam uczniów zarówno młodszych, jak i starszych wiekiem. Dostałem się do drugiej klasy, zdawałem egzaminy i było to dosyć trudne. Drugą i trzecią klasę ukończyłem w Jaworowie, natomiast do czwartej klasy, a moja siostra do piątej, przenieśliśmy się do Przemyśla. Codziennie dojeżdżaliśmy pociągiem z Sądowej Wiszni do Przemyśla. Droga była dość długa – czterdzieści dziewięć kilometrów koleją. Było nas sześćdziesięciu. Część pozostała w domach, a gimnazjum ukończyło dwudziestu sześciu uczniów tej tajnej szkoły. Wielu z nich później studiowało na uniwersytetach i było bardzo wdzięcznych tym, którzy zorganizowali dla nas to gimnazjum.

Chciałbym jeszcze wspomnieć uroczyste obchody setnej rocznicy urodzin Tarasa Szewczenki. Chociaż miałem wtedy zaledwie sześć lat, bardzo dobrze pamiętam uroczystości z 1914 roku. W Narodnym Domu odbył się koncert z udziałem starszych mieszkańców i młodzieży. Dzieci przeszły ulicami miasta w pochodzie z niebiesko-żółtymi chorągiewkami. Szliśmy w uporządkowanym szyku pod opieką kobiet. Nasza rodzina również brała udział w tych obchodach. Dobrze pamiętam rodzeństwo: najstarszą siostrę Iwankę, potem mnie i młodszego brata Iwana. Uroczystość zgromadziła bardzo wielu mieszkańców miasta.

[1] W mieście odbywały się posiedzenia sądu szlacheckiego ziemi przemyskiej, chociaż sama nazwa Sądowa Wisznia po raz pierwszy została odnotowana w źródłach dopiero w 1741 r. Pierwszą udokumentowaną rozprawą sądową była sprawa dotycząca prawa własności do wsi Nowosielica w ziemi trembowelskiej („Судова грамота Гнєвоша, старости Руської землі, щодо села в Теребовельській волості”). Zob.: Головацкій Я. Памятники дипломатического и судебно-дѣлового языка русского въ древнемъ Галицко-Володимирскомъ княжествѣ и в смежныхъ русскихъ областяхъ, въ XIV и XV столѣтиях. Львовъ, 1867. С. 13.

[2] Obecnie wieś Rodatycze, należąca do miejskiej gminy Gródek.

[3] W okresie międzywojennym, o którym pisze ks. W. Iwaszko, rybołówstwo podlegało ścisłym regulacjom, a rzeki podzielone były na odcinki (rewiry), na których można było łowić ryby po wykupieniu dzierżawy. Wody dzieliły się na ogólnodostępne (państwowe, publiczne) oraz zamknięte (prywatne).

[4] W tym miejscu ks. W. Iwaszko popełnił błąd: rzeka Strwiąż jest lewym dopływem Dniestru i należy do jego dorzecza, natomiast Wisznia jest prawym dopływem Sanu i należy do dorzecza Wisły.

[5] Również w tym miejscu ks. W. Iwaszko się pomylił. Mieszkając w Kanadzie, nie dysponował wiarygodnymi informacjami o swoich kolegach kapłanach, którzy pozostali na Ukrainie. W rzeczywistości ks. Andrij Hoza przeżył ks. W. Iwaszkę o dwa lata (1912–1997). Urodził się we wsi Porudno w powiecie jaworowskim. W czasie II wojny światowej był prześladowany przez władze radzieckie, a w 1949 r. został skazany na 25 lat łagrów z konfiskatą mienia. Po zwolnieniu prowadził aktywną działalność duszpasterską w podziemnym Kościele Greckokatolickim. Zob.: Прах Б. Духовенство Перемиської єпархії та Апостольської адміністрації Лемківщини. Том 1: Біографічні нариси (1939-1989) / Видання друге виправлене. Львів, 2015. С. 226–227.

[6] Być może chodzi tutaj o ks. Olijana-Wołodymyra Maćkiwa (1910–1961), urodzonego w Przemyślu, który był znakomitym pływakiem i często ratował tonących w Sanie. Za to w 1937 r. otrzymał od ministra spraw wewnętrznych Polski S. Składkowskiego dyplom oraz „Medal za Ratowanie Ginących”. Zob.: Прах Б. Духовенство Перемиської єпархії та Апостольської адміністрації Лемківщини. Том 1: Біографічні нариси (1939-1989) / Видання друге виправлене. Львів, 2015. С. 471.

[7] Wasyl Harcuła (1903–1992) urodził się we wsi Ninowice w powiecie jarosławskim. Po pseudosoborze lwowskim w 1946 r. „zjednoczył się” z Rosyjskim Kościołem Prawosławnym. Posługę duszpasterską pełnił do przejścia na emeryturę w 1983 r. Zmarł i został pochowany w Samborze. Zob.: Прах Б. Духовенство Перемиської єпархії та Апостольської адміністрації Лемківщини. Том 1: Біографічні нариси (1939-1989) / Видання друге виправлене. Львів, 2015. С. 536.

[8] Wieś Ninowice w ziemi jarosławskiej położona jest nad rzeką Wisznią.

[9] To samo co tama lub grobla.

[10] Ks. Jewhen Modrycki (1907–?) był wikariuszem (katechetą) w Sądowej Wiszni w latach 1931–1935. Zob.: Прах Б. Духовенство Перемиської єпархії та Апостольської адміністрації Лемківщини. Том 1: Біографічні нариси (1939-1989) / Видання друге виправлене. Львів, 2015. С. 76–77.

[11] Opis ten przypomina scenę rytualnego uboju (szechity): Moszko przyprowadza rabina (który mógł być również szochetem – osobą dokonującą takiego uboju), a ten zabija rybę. W judaizmie przepisy dotyczące rytualnego uboju odnoszą się jednak do bydła i drobiu, nie zaś do ryb.

[12] Na temat tej szkoły, a właściwie kursów przygotowawczych do gimnazjum, zob.: Хомяк М. Український теракт чи польська провокація: вибух на постерунку поліції у Судовій Вишні 1922 року // Локальна історія. Режим доступу: https://localhistory.org.ua/texts/statti/ukrayinskii-terakt-chi-polska-provokatsiia-vibukh-na-posterunku-politsiyi-u-sudovii-vishni-1922-roku/

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Scroll to Top