Marian Chomiak
W drugiej części wspomnień urodzonego w Mościskach Żyda Mejera Landau (1898–1991) pt. «Utracony świat: galicyjskie sztetl i Syberia» (A Lost World: the Galician Shtetl and Siberia) poznajemy jego matkę – Helenę (Hulę) Holländer, należącą do grona postępowych kobiet w sztetlu, rodzinę ojca, młynarski biznes oraz handel nawozami w Mościskach, a także jego naukę w żydowskiej szkole początkowej – chederze – oraz stosunek Żydów do języka niemieckiego, polskiego i ukraińskiego.

Matka – postępowa kobieta w sztetlu
Dom, w którym urodziła się matka Mejera Landaua, zbudował jej ojciec – Mejer Holländer. Początkowo, po śmierci męża, nieruchomość odziedziczyła jego żona Gittele, babcia Mejera, a dopiero później przeszła ona na własność jego matki. Jak już wspominaliśmy w pierwszej części, nazywała się Helena, choć imię to nadała sobie sama. Przy urodzeniu otrzymała imię Hule, a bliscy nazywali ją Hulcie. Wykształcenie zdobyła takie, jak inne dziewczęta z dobrych żydowskich rodzin w latach 70. i 80. XIX wieku. W tamtym czasie – jak wspomina Mejer Landau – w Mościskach nie było nawet szkoły elementarnej. Dlatego czytania i pisania po polsku i niemiecku uczył ją prywatny nauczyciel. Był też drugi nauczyciel, u którego Helena uczyła się alfabetu hebrajskiego, gdyż musiała umieć czytać z modlitewnika określone fragmenty na różne okazje. Nie wymagano jednak – co Mejer wyraźnie podkreśla – rozumienia tekstów. Ponieważ korespondencję prowadzono w jidysz, umiejętność czytania była konieczna. Tak wyglądała edukacja żydowskiej dziewczynki.
Jednak wiedza, jaką oferowano wówczas dziewczętom żydowskim, okazała się dla Heleny niewystarczająca. Ciekawość świata i bystrość, które przejawiała od wczesnego dzieciństwa, pchały ją ku poznawaniu znacznie więcej niż ten skromny zakres wiedzy, jaki – zdaniem rodziców i zgodnie z tradycją – był jej przeznaczony. Mejer wspomina szczególne zainteresowanie matki literaturą – zawsze starała się śledzić nowe nurty literackie. Uczyła się samodzielnie, korzystając z dość ubogiego zasobu książek, do których miała dostęp. W żydowskich domach prowincjonalnych Mościsk literatura świecka była rzadkością, lecz Helena znalazła wyjście – pożyczała książki od przyjaciółki, pochodzącej, jak pisał Mejer, z „bardzo postępowej rodziny naszego miasteczka”. Były to przede wszystkim dzieła klasyków niemieckich i polskich. Dzięki lekturze zainteresowała się poezją – często cytowała i recytowała ulubione wiersze.
Postępową rodziną żydowską, z której pochodziła przyjaciółka Heleny, była rodzina felczera. O tym zawodzie Mejer pisał, że w Europie i w Stanach Zjednoczonych zanikł (w czasie, gdy spisywał wspomnienia – w latach 50. i 60. XX w.), choć – jak zauważał – starsze pokolenie ze wschodniej Europy mogło go jeszcze pamiętać:
«Zazwyczaj był to mężczyzna, który zaczynał jako cyrulik, a następnie rozszerzał swoją działalność na to, co wówczas można by nazwać medycyną. Oznaczało to stawianie pijawek, przykładanie baniek, zakładanie opatrunków, sprzedaż maści, ziół i ‘leków patentowych’ na wszelkie choroby. W naszym miasteczku, w czasach młodości mojej matki, nie było prawdziwych lekarzy».
Należy jednak zaznaczyć, że Mejer Landau nieco tu przesadza. W «Skorowidzu Namiestnictwa Lwowskiego» z 1860 roku znajdujemy lekarza w Mościskach – Maksa Breitschadla. Rzeczywiście, osobno wymienieni są chirurdzy określani mianem Wundarzt, co odpowiada cyrulikom-chirurgom, o których wspomina autor. Takim specjalistą był wówczas w mieście Józef Barb. W tym samym spisie odnotowano również aptekę w Mościskach, należącą do Georga Schalbotta[1]. W «Szematyzmie Królestwa Galicji i Lodomerii» z 1870 roku pojawia się lekarz powiatowy Józef Tugendhat; cyrulikami-chirurgami byli wtedy Józef Barh, Wilhelm Korner i Herman Zuhr[2]. W roku 1880 w miasteczku było już dwóch lekarzy – Wilhelm Wolfram i Franciszek Wyszatycki – oraz jeden cyrulik-chirurg, wspomniany Wilhelm Korner[3].
Dzięki zamiłowaniu do literatury matka Mejera samodzielnie nauczyła się języka francuskiego – opanowała go na dość wysokim poziomie, mimo że nigdy nie miała okazji słyszeć żywej mowy. Czyniła to wbrew silnemu oporowi rodziny, gdyż nadmierna edukacja, zwłaszcza świecka, nie była uważana za coś pożytecznego dla dziewczyny z pobożnej i tradycyjnej rodziny żydowskiej. Obawiano się, że mogłyby się u niej pojawić «dziwne myśli», że zaczęłaby krytycznie odnosić się do obyczajów i norm moralnych swojego otoczenia.
Matka opowiadała Mejerowi, jak musiała ukrywać książki, zwłaszcza przed własną matką – Bubą Gittele, która była nieugięta w swych przekonaniach. Najczęściej czytała nocami przy świecach – udawała, że śpi, a gdy rodzice zasypiali, wstawała i czytała do bardzo późna.
W tym samym czasie wykształcenie zdobywał również jej brat (wuj Mejera) Alter. W rodzinie uważano, że także młodzieniec nie powinien otrzymywać zbyt wiele świeckiej wiedzy – wystarczyły «trzy R» (czytanie, pisanie i arytmetyka)[4], i to jedynie w takim stopniu, by radzić sobie w życiu. Natomiast w kwestii edukacji religijnej nie istniały żadne ograniczenia. Zaczynała się ona od alfabetu hebrajskiego (alef-bet), następnie od czytania modlitw, potem chłopcy przechodzili do czytania Pisma Świętego w przekładzie (Chumasz)[5], później Tanachu, Talmudu, komentarzy talmudycznych, a w końcu komentarzy do komentarzy – «i tak aż do końca życia».
Wuj Alter – jak zauważa Mejer – nie był szczególnie uzdolniony, natomiast matka, słuchając, jak melamed[6] uczył jej brata, przyswajała Talmud znacznie lepiej niż on. Gdy nadchodziły tzw. warhejrny – «bardzo powszechne i zarazem przerażające wydarzenie tamtych czasów, kiedy biedny melamed musiał w obecności ojca dowieść, jak dobrze syn opanował naukę» – wszystkie odpowiedzi znała właśnie Helena. W późniejszych latach, jak Mejer wspominał z przyjemnością, jego matka – ku radości ojca – lubiła od czasu do czasu cytować fragmenty Talmudu, zawsze trafnie, stosownie do sytuacji czy rozmowy.
Kiedy Helena była małą dziewczynką, nigdy nie opuszczała swojego rodzinnego miasteczka, choć bardzo pragnęła zobaczyć coś poza nim, coś z szerokiego świata, który wówczas uosabiało dla niej miasto położone około pięćdziesięciu mil na wschód – Lwów (Lemberg, Lwów). Istniał szczególny powód, dla którego chciała pojechać do Lwowa, a jednocześnie nie mogła tego uczynić.
Siostra babci Mejera, Betty, była piękną kobietą, a o jej urodzie wiedziano daleko poza granicami rodzinnego miasteczka. W tamtym czasie Mościska słynęły jako ośrodek handlowy, specjalizujący się przede wszystkim w sprzedaży dobrych koni – zwłaszcza podczas wielkich jarmarków, odbywających się kilka razy w roku. W te dni ludzie przyjeżdżali do Mościsk z odległych okolic, by kupować konie. Pewnego dnia na jarmark przybył zamożny żydowski kupiec ze Lwowa, który planował nabyć konie do swojej luksusowej karety. Zdarzyło się, że ktoś zwrócił jego uwagę na urodziwą dziewczynę, i ów pan odwiedził pradziadków Mejera, uznając, że ich córka będzie godną narzeczoną dla jego jedynego syna. Resztą zajęły się swatki – «ważna żydowska instytucja tamtych czasów». Prędzej czy później siostra babci Mejera wyszła za mąż za tego młodzieńca i przeniosła się do Lwowa.
Było to bardzo szczęśliwe małżeństwo: w tej rodzinie przyszło na świat trzech synów i trzy córki. Jej mąż, pan Diamand, stał się odnoszącym sukcesy przedsiębiorcą. Do naszej rodziny docierały pogłoski, że rodzina Diamandów stała się bardzo postępowa: dzieci otrzymywały najnowocześniejsze wykształcenie, pozwalano im uczyć się w szkołach świeckich, a później nawet studiować na uniwersytecie. Ich dom przekształcił się w jeden z ważnych ośrodków świeckiego i kulturalnego życia Lwowa.

Właśnie w takim domu marzyła żyć Helena, albo przynajmniej często bywać tam w gościnie. Jej lwowscy kuzyni i kuzynki byli w przybliżeniu w jej wieku, a matka czuła, że łączyłoby ją z nimi wiele wspólnych zainteresowań. Opowiadała Mejerowi, że niejednokrotnie otrzymywała zaproszenia od swojej ciotki, która wiedziała o bystrości umysłu bratanicy i o jej zainteresowaniu nauką. Babcia jednak, Bubi Gittele, stanowczo odmawiała pozwolenia na wyjazd, uważając, że takie wizyty mogłyby źle wpłynąć na córkę i jej tradycyjne żydowskie wychowanie.
W rezultacie Helena nigdy nie była we Lwowie. I żaden z jej kuzynów ani kuzynek nie przyjechał z wizytą do niej oraz do swoich wujostwa. Mejer był przekonany, że także jego babcia nigdy nie odwiedzała swojej siostry Betty we Lwowie – miała wątpliwości, czy w tamtym domu przestrzegano zasad kaszrutu[7], i ogólnie nie aprobowała stylu życia tej rodziny.
Bubi Gittele jednak jeździła do Lwowa – odwiedzała tam swojego brata Jonela (Jonę) Rosenfelda, który stał się jednym z przywódców dużej żydowskiej gminy miasta. Matka opowiadała Mejerowi, że wszyscy jej lwowscy kuzyni w taki czy inny sposób zdobyli uznanie w różnych dziedzinach. Tak więc doktor Herman Diamand (30 marca 1860 – 26 lutego 1931) był jednym z najpopularniejszych przywódców socjalistycznych w czasach panowania cesarza Franciszka Józefa w monarchii austro-węgierskiej, a następnie – po I wojnie światowej – także w nowo utworzonym państwie polskim. Był posłem do parlamentu austriackiego, a później do Sejmu RP[8]. Jego syn Bernard Diamand zajmował wysokie stanowisko w austriackim przemyśle węglowym; podczas I wojny światowej odpowiadał w Ministerstwie Obrony w Wiedniu za zaopatrzenie całego imperium w węgiel.
Jedna z jego córek wyszła za mąż za doktora Eisnera, lekarza w Rzeszowie; ich córka Milenka (rówieśnica Mejera) studiowała muzykę w Berlinie i stała się znaną krytyczką muzyczną oraz komentatorką radiową w Warszawie, druga zaś – Gucia – poślubiła lwowskiego adwokata, dra Maurycego Ambesa. Ich małżeństwo było bezdzietne i nieszczęśliwe. Mejer zanotował w swych wspomnieniach, że Gucia Ambes była znaną pięknością i otrzymywała nawet zaproszenia na oficjalne bale w Wiedniu, organizowane przez cesarza, na które dopuszczano jedynie najwyższe sfery towarzyskie.
W 1924 roku rodzina Mejera Landaua przeniosła się do Lwowa. Był to czas, gdy więzi rodzinne zostały ponownie nawiązane:
«[…] my, drugie pokolenie, spotkaliśmy wszystkich tych kuzynów – dla nas byli to kuzyni i kuzynki. W tym samym czasie poznała ich także matka i bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Szczególnie z ciotką Gucią – zbliżyła się do nas, a my przyjęliśmy ją jak część naszej rodziny. Nie było żadnego wydarzenia w naszej rodzinie, w którym ciotka Gucia by nie uczestniczyła. Była również na naszym weselu. Wytworna, prawdziwa «wielka stara dama». Ciotka Gucia zachowała urodę: wyraziste rysy twarzy, błękitne oczy, wspaniały koloryt skóry».
W tym czasie, w latach 20. XX wieku, rodzina M. Landaua miała kilkakrotnie okazję spotkać się z bratem Guci – doktorem Hermanem Diamandem. Był on przywódcą socjalistycznym, wybitnym parlamentarzystą, specjalistą w dziedzinie międzypaństwowych umów gospodarczych. Odznaczał się także znakomitymi zdolnościami oratorskimi, dowcipem i subtelnym poczuciem humoru. Dr Diamand pozostawał liderem klasy robotniczej w Polsce aż do swej śmierci w 1931 roku. Mejer wspomina, że przebywał we Lwowie w dniu jego pogrzebu. Był to pogrzeb żydowski, w którym uczestniczyło 50 000 robotników.
Gdy Mejer wraz z rodziną osiedlił się w Nowym Jorku, po pewnym czasie poznał tam dra Otto Perra, który w okresie międzywojennym w Polsce należał do przywódców ruchu socjalistycznego. Podczas jednego z pierwszych spotkań Mejer przyznał, że jest krewnym dra Hermana Diamanda. Otto Perr – jak można było się spodziewać – okazał się jego wielkim admiratorem i z tego powodu odniósł się do rodziny Landauów z dużą życzliwością.
Tak więc w rodzinie Mejera Landaua byli zarówno Żydzi postępowi – tacy jak jego matka, Diamandowie i inni – jak i osoby o poglądach tradycyjnych. Jego rodzice pobrali się zgodnie z ówczesnymi obyczajami. Znaczącą rolę odegrał w tym procesie szadchen (swat), gdyż przyszli małżonkowie mieszkali w odległości 300 kilometrów od siebie, co w tamtych czasach stanowiło znaczną odległość. Mejer nie znał szczegółów dotyczących tego, w jaki sposób doszło do skojarzenia jego ojca i matki, jak długo trwały zaręczyny ani gdzie odbył się ślub. Po zawarciu małżeństwa jego ojciec przeniósł się do Mościsk.
Rodzina ojca
Pochodził on z rodziny rabinicznej, której korzenie sięgały rabina Jechezkel(a) Landaua, naczelnego rabina Pragi w latach 1755–1793. W «Encyklopedii Żydowskiej», na którą powołuje się Mejer w swoich wspomnieniach, zapisano:
«Rodzina Landau pochodziła z Niemiec, z miasta Landau, skąd została wypędzona w XVI wieku. Najwcześniej znanym nosicielem tego nazwiska był Jakub Baruch Landau, który żył we Włoszech około roku 1480. Od XVI wieku nazwisko to pojawia się w Polsce, na obszarze, który po rozbiorach znalazł się pod panowaniem Austrii. Z czasem nazwisko Landau zaczęli nosić także ludzie, którzy nie mieli żadnych więzi rodzinnych z pierwotnymi przybyszami z Niemiec. W XVII wieku we Lwowie (Lemberg, Lwów) żyło trzech żydowskich przywódców noszących nazwisko Landau».
Jak czytamy we wspomnieniach, rodzina Landau «rozrosła się od Opatowa po Brody». Najsłynniejszym przedstawicielem rodu (w przekonaniu Mejera) był Jechezkel Landau, urodzony w Opatowie w 1713 roku, zmarły w Pradze w 1793 roku. W latach 1734–1745 był on pierwszym dajanem[9] w Brodach; w 1755 roku został zaproszony do Pragi, gdzie objął urząd naczelnego rabina i gdzie później zmarł. Jego głównym dziełem było «Noda bi-Jehuda». Był przeciwnikiem chasydyzmu, choć sam studiował kabałę i doskonale orientował się w literaturze mistycznej. Za wielkie zagrożenie dla judaizmu uważał niemieckie tłumaczenie Biblii dokonane przez Mendelssohna[10]. Opublikował także wiele innych prac, m.in. komentarze do Talmudu. Mejer określał rabina Jechezkel(a) Landaua jako człowieka szerokich horyzontów, który nie sprzeciwiał się wiedzy świeckiej, choć zdecydowanie odrzucał kulturę płynącą z Berlina, której czołowym przedstawicielem był wspomniany M. Mendelssohn.
Dawniej żydowskich (talmudycznych) uczonych nie znano po nazwiskach, lecz po tytułach ich ksiąg. Najważniejsze dzieło Jechezkel(a) Landaua, zawierające komentarze oraz odpowiedzi na kierowane do niego pytania, oparte na jego ogromnej wiedzy, nosiło tytuł «Noda bi-Jehuda». Dlatego też do dziś w kręgach rabinicznych znany jest on właśnie pod nazwą tej księgi, która stała się jego drugim, a nawet właściwym imieniem[11].
Jeden z jego wnuków, pieszczotliwie nazywany reb[12] Baruchel Landau, został rabinem w średniej wielkości miasteczku Zachodniej Galicji – Nowym Sączu (Neu-Sandez), w jidyszowej wymowie – Zandz. W 1937 roku Mejer po raz pierwszy odwiedził miasto, w którym urodził się i wychował jego ojciec; był wówczas także na cmentarzu w Nowym Sączu. Pokazano mu grobowiec reb Baruchela, dość okazały (tzw. ohel); «to zaszczytne miejsce zostało mu przyznane dzięki wielkiemu poważaniu, jakim cieszył się w gminie podczas swego rabinatu».
Synem reb Baruchela był Cwi, zwany też Hirschem Landau. On również zdobył wykształcenie rabiniczne, lecz postanowił zostać przedsiębiorcą – osiedlił się w Nowym Sączu, gdzie posiadał młyn. Ojciec Mejera, syn Hirscha Landaua, otrzymał – jak na owe czasy – dobre wykształcenie. Posiadał solidną wiedzę talmudyczną, a ponadto dość dobrze znał język niemiecki i polski, na poziomie pozwalającym mu prowadzić działalność gospodarczą. Równocześnie opanował rzemiosło młynarskie, które stało się rodzinnym biznesem, a także pomagał w handlu. Po ślubie nie musiał uczyć się nowego zawodu ani szukać innego zajęcia. Wydzierżawił młyn – wówczas jedyny w Mościskach. Młyn należał do jednego z wielkich polskich właścicieli ziemskich, który posiadał zamek w sąsiedniej wsi i większość czasu spędzał w Wiedniu. Mejer wspominał go jako dość prymitywne przedsiębiorstwo. Siłę napędową kamieni młyńskich zapewniało wielkie koło poruszane spadającym strumieniem wody («była to swego rodzaju prymitywna elektrownia wodna»). Zakup zboża, mielenie mąki oraz jej sprzedaż stanowiły źródło utrzymania rodziny Landau.
Mejer przyznawał, że niezbyt dobrze znał rodzinę ojca. Jak już wspomniano, Nowy Sącz był wówczas – według ówczesnych standardów – dość daleko od Mościsk. Nikt wtedy nie podróżował dla przyjemności czy tylko w odwiedziny – było to zbyt kosztowne. Mejer wiedział, że jego ojciec miał pięć sióstr i jednego brata. Z niektórymi z nich udało mu się spotkać w późniejszych latach. Dziadka, Hirscha, nigdy nie poznał; wiedział jedynie, że babcia nazywała się Ester Riwka (z domu Bromberg). Jeden z braci ojca, również imieniem Mejer, ożenił się z kobietą pochodzącą z Brodów i tam się przeniósł. Rzadko dawał o sobie znać. W tamtym czasie Brody były miastem na granicy austro-rosyjskiej; istniało wówczas powiedzenie: «zaginął jak w Brodach» (verfallen wie in Brod), które – zdaniem Mejera – dobrze pasowało do jego stryja. Mejer spotkał go podczas I wojny światowej w Wiedniu, podobnie jak swoją babkę Ester oraz niektóre z ciotek, jednak nie nawiązali bliższych relacji. Wyjątkiem był stryj z Brodów. W okresie międzywojennym spotkali się w Krakowie. W tym czasie Mejer Landau założył tam fabrykę farb (Zakłady Chemiczne Kopal) i spotkawszy stryja w 1934 roku, zaproponował mu pracę w swoim przedsiębiorstwie, na co ten chętnie przystał. W czasie II wojny światowej został on aresztowany przez nazistów i już nie wrócił. Rodzinie oddano jedynie jego ubrania. Później zamordowano także jego żonę i trzy córki – we własnym mieszkaniu.
Młyn i handel nawozami
Wróćmy do Mościsk. W rodzinnym młynie produkowano kilka rodzajów mąki. Kupowano zboże, głównie od właścicieli ziemskich z pobliskich okolic miasta, mielono je na mąkę, a następnie sprzedawano lokalnym kupcom. Był to dość skomplikowany biznes, ponieważ za zboże i pracę w młynie należało płacić gotówką, a gotowy produkt sprzedawać na kredyt. Nie istniały żadne ograniczenia czasowe dotyczące spłaty długu. Kupcy powinni byli uregulować należności w piątek, ponieważ czwartek zawsze był dużym dniem targowym, jednak taka punktualność była rzadkością.
Mejer pomagał ojcu od najmłodszych lat, od siedmiu–ośmiu lat. W piątek, po szkole, po południu, odwiedzał klientów, aby otrzymać zaległe płatności. Wspominał:
«Czasem miałem szczęście i przynosiłem do domu sporą sumę; czasami udawało się otrzymać tylko niewielkie kwoty. Bardzo często wracałem z niczym, bo kupcy wymyślali różne wymówki, aby nie płacić. Bardzo smuciło mnie widzieć, jak ojciec się martwi. Psulo mu to nastrój świąteczny, gdy przygotowywał się do nadchodzącej Szabatu».
Zajmowanie się młynarstwem w Mościskach było trudne także z innych powodów. W sąsiednich miastach, zwłaszcza w Przemyślu, działały większe młyny z nowoczesnymi maszynami i wyposażeniem, które mogły produkować mąkę taniej i lepszej jakości (bielszą i drobniej mieloną). Ojciec Mejera musiał konkurować z tymi młynami – sprzedawał swój produkt taniej, co minimalizowało jego zysk. Zdarzały się sytuacje, gdy na rynek trafiały duże ilości taniej mąki z dużych młynów, które miały jej nadwyżki (między innymi z Węgier). Dlatego młynarstwo było biznesem, który ledwo utrzymywał rodzinę Landau. Ojciec Mejera szukał dodatkowego zarobku. Ponieważ miał kontakty z dużymi właścicielami ziemskimi, od których kupował pszenicę i żyto, a ci na swoich polach używali nawozów chemicznych, postanowił zajmować się również sprzedażą tego towaru.
Nawozy dostarczano wagonami z Zachodniej Galicji (głównie z Krakowa) i sprzedawano w workach właścicielom ziemskim, mniejszym gospodarstwom, a nawet niektórym chłopom. Ojciec Mejera wybudował na swoim dużym podwórzu niewielki magazyn do tego celu. Ten biznes również nie był gotówkowy, opierał się na kredytach i zobowiązaniach dłużnych, jednak według wspomnień M. Landaua okazał się dość udany. Mejer pomagał ojcu także w tym przedsięwzięciu. Nawozy docierały do Mościsk koleją w wagonach towarowych. Stacja kolejowa znajdowała się zaledwie siedem kilometrów od naszego miasteczka, więc ładunek należało dostarczyć wozami. Gdy tylko wagony przybywały, do najbliższej wsi wysyłano wiadomość, aby przyjechali z wozami. Następnego dnia rano siedmiu–dziesięciu chłopów, każdy z wozem i parą koni, ustawiało się przed domem Landau. Ojciec ufał synowi, aby jechał z nimi na stację, załatwił wszystkie formalności z naczelnikiem stacji, dopilnował, aby wagon został całkowicie rozładowany, i przywiózł cały towar do magazynu, gdzie nawozy były wyładowywane i sortowane według nazwy. Chłopi od razu otrzymywali zapłatę za swoją pracę. Mejer zapisał we wspomnieniach:
«Zawsze cieszyłem się, gdy powierzano mi tę odpowiedzialność. W pewien sposób dawało mi to poczucie, że choć w małym stopniu przyczyniam się do naszego utrzymania i zdejmuję część ciężaru z ramion ojca. Ponadto była to okazja, aby zobaczyć stację, a jeśli miałem szczęście – również obserwować pociągi przejeżdżające obok. Dodatkowo, jeśli chłop z pierwszego wozu (zawsze jechałem w pierwszym) był uprzejmy, dawał mi lejce i prowadziłem konie, które galopem mknęły na stację z pustymi wozami. W drodze powrotnej mogłem iść szybciej niż te wozy; załadowane po dwanaście–piętnaście worków każdy (a w każdym było pięćdziesiąt kilogramów), poruszały się bardzo wolno.
Największą moją radością był uśmiech ojca, gdy informowałem go, że zadanie wykonane – wszystkie worki są ułożone i żaden nie został uszkodzony podczas transportu. W naszej rodzinie opowiadano jedną historię o mnie. Gdy mając osiem lat wykonywałem jakieś polecenie, spotkałem w mieście krewnego, a gdy ten zapytał, co tam robię, odpowiedziałem: «geschäftsmässig», czyli «wyłącznie w interesach». Ojcu odpowiedź ta wydała się bardzo zabawna, ale do dziś nie rozumiem dlaczego, bo wtedy byłem całkowicie poważny w sprawach swojej «działalności biznesowej»».
Odwiedziny młyna sprawiały Mejerowi szczególną przyjemność – lubił zapach zboża i mąki. Z drugiej strony był też zapach nawozów, po prostu nie do zniesienia, do którego musiał się długo przyzwyczajać. Wówczas fosforany jeszcze nie były powszechnie stosowane jako nawozy chemiczne; używano nawozu wytwarzanego z rozdrobnionych kości zwierzęcych, zebranych na śmietnikach. Zapach był gnijący, skrajnie nieprzyjemny. Jednak Mejer musiał się z nim stykać za każdym razem, gdy siedział na workach, towarzysząc ładunkowi od stacji kolejowej.
Wspominając ten okres swojego dzieciństwa, podsumował:
«Tak, wraz z wczesnym wychowaniem i nauką poznawałem też poważne strony życia. Zrozumiałem, że życie nie jest tak proste i beztroskie, jak myśli współczesna młodzież. Uświadomiłem sobie, że moi rodzice musieli pracować bardzo ciężko, aby zarobić na skromne życie, zapewnić tylko to, co niezbędne, i że moim obowiązkiem było pomagać, na ile mogłem. To poczucie obowiązku wychowało we mnie powagę, która wcale nie odpowiadała mojemu wiekowi, i pozostawiło ślad na całe życie. Nigdy niczego nie wymagałem od innych i niczego nie uważałem za należne. Czułem wdzięczność wobec rodziców za wszystko, co mi dano».

Nauka w hederze
Nauka Mejera rozpoczęła się w wieku czterech lat, kiedy zaczął uczęszczać do żydowskiej szkoły elementarnej – hederu. Rano dzieci przyprowadzał młody człowiek zwany belferem – swoistego rodzaju pomocnik melameda (nauczyciela). Sam melamed zazwyczaj był osobą uczoną, zaznajomioną z podstawami literatury religijnej; był pobożny, ale często żył w biedzie. W żadnym wypadku nie był dyplomowanym nauczycielem z zestawem pedagogicznych czy edukacyjnych metod. Był człowiekiem z dobrą wiedzą naukową, który z jakiegoś powodu nie nadawał się do działalności handlowej, albo próbował zajmować się biznesem i poniósł porażkę. W każdym małym sztetlu kilku melamedów konkurowało ze sobą. Czasami któryś z nich miał opinię najlepszego w pracy z początkującymi, którzy musieli nauczyć się alef-bet, aby później czytać modlitwy; inny lepiej pracował z sześciolatkami, które już przeszły do nauki Chumesz (Pięcioksięgu); jeszcze inny uważany był za najlepszego dla bardziej zaawansowanych dziesięciolatków, którzy studiowali już Talmud.
Czas zapisywania do hederu zwykle przypadał na chol ha-moed Pesach (dni pośrednie, półświąteczne w święcie Pesach, między pierwszym a ostatnim dniem świątecznym). Nie było to zapisanie w nowoczesnym rozumieniu. Wybranego melameda po prostu zapraszano do domu ojca, balbosa (gospodarza), i tam ustalano, ile będzie kosztowała nauka za zman – okres trwający do następnego Pesach. Melamed otrzymywał niewielką zaliczkę, a resztę wypłacano w ciągu roku w nieregularnych ratach. Nauka rozpoczynała się zaraz po Pesach.
Heder zazwyczaj zajmował jeden pokój z dużym drewnianym stołem w centrum – najważniejszym meblem. Wokół stołu stały drewniane ławy z trzech stron, a po czwartej stronie – mniejsza ławka lub krzesło. W kątach pokoju stały łóżka, na których w nocy spała rodzina melameda. Wzdłuż jednej ze ścian znajdowała się kuchnia – właściwie piec, przy którym w ciągu dnia coś gotowała rebecyna[13]. W korytarzu prowadzącym z ulicy do hederu stała beczka z wodą, częściowo przykryta drewnianą deską, a na niej leżał metalowy kubek (przeważnie zardzewiały). Podłoga była drewniana, ściany i sufit tynkowane i wybielone.
Belfer przyprowadzał dzieci około ósmej rano, sadzano je przy stole na ławach. Dwoje lub troje chłopców dzieliło jedną modlitewnik wydrukowany dużymi literami. Melamed podchodził do każdego dziecka i wskazywał tzw. tejtel (ostrzony drewniany uchwyt do pióra lub czasem nóż do kopert) na literę hebrajską, wymawiając ją. Wszyscy głośno powtarzali za nim. Belfer, który zawsze stał obok, uważnie obserwował każde dziecko. Taki rytm nauki trwał tygodniami, codziennie dodawano nowe litery. Powtarzanie na głos odbywało się w określonym, melodyjnym rytmie intonacyjnym, przy czym melamed używał małego bata, zwanego kanczug (pochodzenia tureckiego), aby dzieci pozostawały skupione i zainteresowane. W końcu dzieciom nie było łatwo utrzymać koncentrację przez trzy–cztery godziny nauki.
Dzieci zapisywano zwykle na pełen dzień, sześć dni w tygodniu. Belfer odprowadzał je do domu w południe na główny obiad (mittag) i zabierał ponownie około drugiej godziny. Między trzecią a czwartą godziną po obiedzie belfer brał duży kosz i odwiedzał domy uczniów, zbierając dla nich przekąski. Po powrocie dzieci miały krótką przerwę, a belfer rozdawał każdemu to, co mu przynieśli. Mejer wspominał, że najbardziej dziwiło go wówczas, jak belfer potrafił wszystko poprawnie rozdzielić, skoro każde dziecko miało własną przekąskę, a w hederze było dwadzieścioro–trzydzieścioro dzieci. Zwracał też uwagę na to, że «podczas popołudniowych przerw dzieci trochę poznawały także różnice ekonomiczne między klasami», bo niektórzy otrzymywali takie smakołyki jak bejgel[14] czy kugel[15], inni mieli tylko kawałek chleba posmarowany marmoladą. Te popołudniowe przekąski nigdy nie były zbyt wykwintne w oczach Mejera. Zajęcia kończyły się około szóstej wieczorem, a belfer odprowadzał dzieci do domu.
Belferowie byli biednymi Żydami. Mejer wspominał ich jako bardzo nieszczęśliwych ludzi. Ci, których spotykał w Mościskach, nie byli rodowitymi mieszkańcami tego sztetla, lecz przyjechali z innych miejsc. Pracowali u melameda za dach nad głową i wyżywienie, choć sam melamed ledwo mógł utrzymać zwykle dużą rodzinę. Belferami zostawali młodzi ludzie, którzy nie byli wystarczająco zdolni, aby zostać uczonymi talmudycznymi, a także nie opanowali żadnego rzemiosła.
Mejer wspomniał także o stanie sanitarnym hederu, który był opłakany. Drewnianych podłóg nie myto ani nie czyszczono od święta do święta; okna nigdy nie były otwierane; beczkę z wodą napełniano raz lub dwa razy w tygodniu. Woda pochodziła głównie z odkrytej studni (sieci wodociągowej nie było) i zawsze była ciepła. Dość często znajdowały się w niej małe robaki. Oczywiście wszystkie dzieci piły tę wodę latem, korzystając z jednej i tej samej kubeczki, wylewając niedopitą wodę z powrotem do beczki. Pokój hederu był zawsze pełen much, które strasznie dokuczały uczniom. Toalety zwykle znajdowały się na zewnątrz – brudne, pełne owadów (czyszczono je może raz w roku). Jesienią i zimą wszyscy wnosili do pomieszczenia błoto i śnieg na butach, więc podłoga pokrywała się warstwą brudu, że zimą służyła dzieciom jako swego rodzaju «boisko sportowe» w pomieszczeniu. Mejer zanotował, że gdy melamed wychodził na kilka minut, uczniowie wylewali wodę na podłogę i ślizgali się po niej – widzieli, że tak robią chrześcijańskie dzieci na zamarzniętej wodzie (o łyżwach mogli tylko marzyć i w ogóle ich nie znali). Nic dziwnego, że w takich warunkach w dzieciństwie Mejer zachorował na wszystkie możliwe dolegliwości, w tym ciężki dur brzuszny.
W miesiącach zimowych, gdy dni były krótkie, codzienne uczęszczanie do hederu było prawdziwym wyzwaniem. Sala lekcyjna ogrzewana była piecem kuchennym, który dymił, wypełniając powietrze dymem piekącym oczy. Po obiedzie, gdy na zewnątrz zapadał zmrok, na duży stół stawiano lampy naftowe, które także wydzielały nieprzyjemny zapach. W domu każdemu dziecku dawano małą ręczną lampkę z woskową świecą lub małą lampę naftową ze knota, aby mogło znaleźć drogę do domu w ciemnych godzinach wieczornych. Starsze dzieci musiały samodzielnie chodzić do hederu i wracać do domu. Ponieważ na ulicach prawie nie było latarni, jedynym światłem było to odbijające się z okien sklepów lub domów wzdłuż drogi.
W nauce prawie nie było wakacji. Dziecko nie chodziło do hederu jedynie wtedy, gdy zachorowało. Jeśli natomiast chorował melamed, zastępował go belfer. Oczywiście uczniowie mieli przerwy z okazji świąt religijnych, lecz były one krótkie. Nauka nie odbywała się także w dniu obrzezania nowo narodzonego chłopca w sztetlu. Dla dzieci było to wydarzenie szczególne – prowadzono je do domu, w którym miał się odbyć ten ważny rytuał, odmawiały modlitwę Hamalach ha-Goel, a następnie każde z nich otrzymywało małe ciasteczko. Mejer zaznaczał, że nie może z całą pewnością stwierdzić powszechności tej tradycji, jednak w Mościskach w środowisku żydowskim zawsze tak postępowano. Uważano, że odmawianie Hamalach ha-Goel przez małe dzieci jest dobrym znakiem dla nowo narodzonego chłopca[16].
Istniał jeszcze jeden powód przerw w nauce, z którego dzieci – rzecz jasna – bardzo się cieszyły, ponieważ mogły odpocząć. Melamed był prywatnym nauczycielem, prowadzącym szkołę bez oficjalnej licencji. Nauczanie było jednak regulowane przez rząd i nauczyciele musieli uzyskać zatwierdzenie po zdaniu odpowiednich egzaminów. Mejer wspomina, że melamed nigdy nie byłby w stanie spełnić tych wymagań. Musiałby znać dwa języki – polski i niemiecki – choć wcale nie były mu one potrzebne, gdyż nauczał wyłącznie przedmiotów religijnych po hebrajsku i tłumaczył je na jidysz. Dlatego nawet nie próbował zdawać egzaminu. Żydzi mieszkający w Galicji w pewnym stopniu rozumieli język polski i niemiecki, jednak czytanie i pisanie w tych językach sprawiało im trudność. W ten sposób każdy melamed, nauczając, łamał prawo, a jego szkoła była uznawana za nielegalną. Za czasów cesarza Austrii Franciszka Józefa każdy melamed musiał raz w roku okazać odpowiednim władzom pozwolenie na nauczanie. Jeśli tego nie zrobił, skazywano go na jeden dzień więzienia. I tak co roku latem nadchodził ten złowieszczy dzień – smutny dla biednego nauczyciela, ale radosny dla dzieci. Mejer wraz ze swoimi kolegami z wielką radością biegł do domu i ogłaszał, że melameda wsadzono do więzienia i że tego dnia hederu nie będzie.

Jeśli chodzi o język niemiecki, Żydzi odnosili się do niego z wielkim szacunkiem i zainteresowaniem. Mejer zauważał:
«Istniała pewna sympatia do języka niemieckiego, być może ze względu na podobieństwo jidyszu i niemieckich korzeni. Wszyscy, którzy mówili jidyszem (a kto nim nie mówił?), sądzili, że jeśli będą mówić wolniej, opuszczą niektóre hebrajskie zwroty i będą używać niemieckich rodzajników der–die–das (najczęściej nie na miejscu), to już mówią po «niemiecku».
Oczywiście wcale nie było to takie proste i później zawsze mnie bawiło – gdy już znałem lepiej niemiecki – słuchanie rozmów między austriackim urzędnikiem a żydowskim petentem z jego wersją języka niemieckiego. […] Istniał żart o Żydzie, który próbował wyjaśnić wiersz niemieckiego klasyka Friedricha Schillera swojemu przyjacielowi w jidyszu. Gdy zapytano go, co robi, odpowiedział: ‘Ich verdeutsch Schiller’, czyli że tłumaczy Schillera na język niemiecki».
Nauka języka niemieckiego była uważana za zajęcie godne i nawet najbardziej pobożni Żydzi nie widzieli nic świętokradczego w czytaniu niemieckiej klasyki – Schillera czy Goethego – ani w znajomości poezji Heinego. Heine, jak zauważył Mejer, był mniej popularny wśród mężczyzn niż wśród kobiet, ponieważ przeszedł na chrześcijaństwo[17]. Pewnym miernikiem świeckiego wykształcenia w środowisku żydowskim była wiedeńska niemieckojęzyczna gazeta codzienna Die Neue Freie Presse[18]. Jej egzemplarze docierały do Mościsk zwykle wiele dni po wydaniu – ten, kto potrafił je przeczytać, zrozumieć, a nawet skomentować, uchodził za człowieka bardzo wykształconego. Mejer wspominał, że prenumeratorów tej gazety w miasteczku było bardzo niewielu, a sama gazeta uchodziła za luksus:
«Mówiono potocznie, chcąc podkreślić świecką ogładę kogoś: «On potrafi czytać stronę Neue Freie Presse tak jak etykietę na paczce cykorii». Cykoria była ważnym składnikiem naszej codziennej kawy. Oznaczało to, że dana osoba czyta niemiecką gazetę tak szybko i swobodnie, jakby tylko zerkała na napis na cykorii».
Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja z językiem polskim. Mejer wspomina, że nazywano go «gojskim»[19], a z jakiegoś powodu także «iwanisz», czyli ukraińskim:
«Rozmawianie po polsku między sobą – nie z Polakami, którzy byli wokół nas urzędnikami państwowymi, surowymi policjantami czy rzemieślnikami – uważano za niedopuszczalne. A mówienie po polsku w synagodze, jeśli nie zachodziła potrzeba wyjaśnienia czegoś polskiemu gojowi, który dbał o piec lub oświetlenie w szabat czy święta (tak zwanemu «szabes-gojowi»), było wręcz świętokradztwem – całkowicie nie do pogodzenia z naszym rozumieniem żydowskiej edukacji religijnej.
Tylko język i literatura niemiecka miały status źródła wiedzy świeckiej».
Nauka w hederze zajmowała niemal cały czas, na zabawy i rozrywki pozostawało go bardzo niewiele. Mejer nie pamięta, czy w dzieciństwie miał jakąkolwiek zabawkę – z wyjątkiem małego łuku ze strzałami, który chłopcy robili z gałązki wierzby, oraz fujarki, którą kupiono mu od jakiegoś chłopa na targu.
Słodyczami dla dzieci było kilka kawałków cukru lub cukierki sprzedawane w sklepie z dużej blaszanej puszki – po kilka sztuk za miedzianą monetę, zawinięte w skrawek starej gazety. Czekolada była wielkim luksusem i pojawiała się tylko w wyjątkowych przypadkach.
Do szóstego roku życia Mejer uczęszczał do hederu przez cały dzień – rano i po południu. W wieku pięciu lat on, podobnie jak inne dzieci, doszedł do etapu, na którym zaczął czytać Chumesz (Pięcioksiąg) po hebrajsku i tłumaczyć go słowo po słowie na jidysz. Było to wydarzenie bardzo ważne i postanowiono uczcić je w należyty sposób. Uroczystość odbywała się w pierwszą sobotę po tym, jak chłopiec nauczył się czytać fragment tygodniowej parszy po hebrajsku i tłumaczyć go (co, rzecz jasna, wymagało niemałego wysiłku ze strony melameda). Wówczas zapraszano wszystkich przyjaciół rodziny na sobotnie spotkanie poobiednie. Oczywiście zapraszano także melameda, odpowiedzialnego za ten nowy etap w edukacji chłopca.
Wszyscy zebrani przyjaciele rodziny wyjmowali z kamizelek złote zegarki na łańcuszkach (niemal każdy miał taki) i przypinali je do małej piersi chłopca niczym medale. Był to niezwykle interesujący widok – widzieć małego chłopca, na którego piersi wisiało osiem–dziesięć ciężkich złotych zegarków kieszonkowych z dużymi łańcuchami. Następnie chłopiec musiał głośno odczytać fragment tygodniowej parszy wraz z odpowiednim tłumaczeniem i wymaganą melodią recytacji. Gdy tylko skończył, wszyscy wyrażali zadowolenie, a piękne złote zegarki wracały do swoich prawowitych właścicieli. Iluzja posiadania tak wielu prawdziwych złotych zegarków trwała więc bardzo krótko. Potem podawano wino, ciasteczka, placek miodowy oraz owoce, po czym wszyscy rozchodzili się, natchnieni ceremonią i uroczystością.
Studiowanie Biblii w oryginale było zadaniem, nad którym żydowscy chłopcy pracowali sześć dni w tygodniu. Istniało pojęcie zwane warchajren. Mejer zanotował we wspomnieniach, że jego ojciec (podobnie jak ojcowie wszystkich innych chłopców) wzywał go w sobotę po południu, w czasie gdy dzieci tradycyjnie chciały się bawić, i prosił, aby udowodnił, że nauka minionego tygodnia nie poszła na marne. Oznaczało to, że dziecko musiało zaprezentować wszystko, czego nauczyło się w ciągu tygodnia: czytanie, tłumaczenie oraz – w razie potrzeby – komentarze Rasziego[20]. Mejer zauważał, że czasami jego ojciec nie był zadowolony z wyjaśnień podawanych w hederze przez melameda i dodawał własne komentarze. Mogło to trwać godzinę lub dłużej, a jedynym sposobem, by nieco wcześniej pójść się bawić, była pomoc matki.
Uczęszczanie do hederu trwało do szóstego roku życia, po czym chłopiec był gotów do państwowej szkoły elementarnej. Nauka w niej odbywała się od rana do południa, dlatego do hederu można było chodzić już tylko po południu. Dla sześcioletniego dziecka taki tryb dnia był dość wyczerpujący. W szkole państwowej zadawano dużo prac domowych, a w hederze nauka stawała się coraz trudniejsza, ponieważ rozpoczynało się studiowanie Talmudu oraz gruntowne omawianie zagadnień prawa religijnego i cywilnego.
[1] Handbuch des Lemberger Statthalterei-Gebietes in Galizien fur das Jahr 1860. Lemberg, 1860. S. 254, 256, 262.
[2] Szematyzm królestwa Galicyi i Lodomeryi z wielkiem księstwem krakowskiem na rok 1870. Lwów, 1870. S. 494, 499-500.
[3] Szematyzm królestwa Galicyi i Lodomeryi z wielkiem księstwem krakowskiem na rok 1880. Lwów, 1880. S. 452, 456.
[4] Chodzi tu o tzw. «three R’s» – podstawowe przedmioty nauczania: czytanie, pisanie i arytmetykę (reading, writing, arithmetic), których uczy się małe dzieci w szkole. Niejednorodność (nieregularność) tego skrótu opiera się na fonetyce, a nie na pisowni. Przyjmuje się, że samo to określenie pojawiło się na początku XIX wieku.
[5] Chumesz – to Pięcioksiąg Mojżesza (Tora) w wydaniu drukowanym, w formie księgi, w odróżnieniu od Tory w postaci zwoju.
[6] Melamed – religijny nauczyciel, wychowawca i nauczyciel w hederze.
[7] Kaszrut – pojęcie odnoszące się do regulacji określonych praktyk życia żydowskiego, w szczególności zasad dotyczących przygotowywania potraw oraz dopuszczalności spożywania określonych produktów.
[8] Więcej o Hermanie Diamandzie zobacz: https://en.wikipedia.org/wiki/Herman_Diamand
[9] Dajan – w judaizmie sędzia religijny, członek bet-dinu (sądu religijnego).
[10] Mojżesz Mendelssohn (1729–1786) – żydowsko-niemiecki filozof, egzegeta i tłumacz tekstów biblijnych, krytyk, twórca i duchowy przywódca ruchu haskala («żydowskie oświecenie»), nazywany «niemieckim Sokratesem». Przekład Mendelssohna Pięcioksięgu (Tory) z 1793 roku był innowacyjny – miał na celu udostępnienie świętych tekstów młodzieży żydowskiej, wspieranie jej edukacji oraz odnowę językową. Używał literackiego języka niemieckiego zamiast jidysz, zachowując żydowską oryginalność. Przekład ten wywołał ostre niezadowolenie wśród ortodoksyjnych rabinów; w niektórych miastach książki były publicznie palone.
[11] O rabinie Jechezkelu ha‑Lewim ben Jehuda Landau (1713–1793), znanym jako «Noda bi‑Jehuda» (od tytułu jego głównego dzieła) patrz: https://silatehilim.com/kivrei_tsadikim/%D0%BD%D0%BE%D0%B4%D0%B0-%D0%B1%D0%B5-%D0%B9%D0%B5%D1%83%D0%B4%D0%B0/
[12] Reb – forma zwracania się, wyraz szacunku wobec Żyda lub rabina (coś w rodzaju «pan» lub «szanowny»); nie mylić z Rebe, które nie jest formą zwracania się, lecz tytułem chasydzkiego przywódcy duchowego.
[13] Rebecyna (także rebecyn, rebecin) – żona rabina lub rebe, forma honorowego zwracania się do niej w tradycji żydowskiej.
[14] Bejgel – tradycyjna potrawa kuchni żydowskiej, okrągła bułka z dziurką w środku, wykonana z ciasta drożdżowego z dodatkiem cukru lub miodu. Według klasycznego przepisu bejgel najpierw gotowano w wodzie, a następnie pieczono.
[15] Kugel – tradycyjna żydowska zapiekanka z ziemniaków lub makaronu, jajek, cebuli, smalcu gęsiego lub oleju oraz przypraw. Przygotowywano też słodkie kugle – z cukrem i rodzynkami.
[16] Ha‑malach ha‑Goel – modlitewne zwrócenie się «Aniele‑Odkupicielu» / «Aniele, który wybawiasz»; są to słowa z błogosławieństwa Jakuba dla synów Józefa: «Aniele, który ocaliłeś mnie od wszelkiego nieszczęścia, niech błogosławi tych chłopców. Niech w nich pozostanie moje imię i imię moich ojców, Abrahama i Izaaka. Niech rosną licznie pośród ziemi» (Rdz 48,16).
[17] Heinrich Heine (1797–1856) urodził się w rodzinie żydowskiego kupca Samsona Heinego i Betty (Peira) van Geldern w Düsseldorfie nad Renem. W 1825 roku przyjął chrześcijaństwo (luteranizm).
[18] «Die Neue Freie Presse» («Nowa Wolna Prasa») – codzienna gazeta wydawana w Wiedniu w latach 1864–1938; jedno z najbardziej prestiżowych liberalnych pism Austro-Węgier i Austrii.
[19] Goje – osoby nieżydowskiego pochodzenia; to słowo może być używane w formie etno-religijnego określenia, zatem w neutralnym kontekście, albo nabierać pejoratywnego wydźwięku – najczęściej w mowie potocznej lub w publicystyce.
[20] Komentarze Rasziego – to klasyczne interpretacje Tory i Talmudu, opracowane przez rabina Szlomo ben Icchaka (Raszi, ok. 1040–1105).