(Część druga)
– Czy pamiętasz dzień, w którym opuściłeś Sudową Wisznię?
– Tak, bardzo dobrze. Sowieci już nadchodzili. Jeszcze nie mieszkali w naszym domu, ale już byli w mieście. A mama rozglądała się, ze strachu, bo ludzie bali się, co będzie dalej. Mama bała się, że zostanie sama i chciała jechać do rodziny. Przecież w Limanowej wciąż miała matkę, siostrę, ojca, rodzinę. Co miała tam (w Sudowej Wisznej – red.) robić sama? A kiedy Sowieci przyszli do naszego domu, nie zrobili nam krzywdy, ale od razu był brud i smród, od razu zatkali toaletę. Zjedli kurczaki, a kości rzucili na podłogę. Mama była przerażona. Bo wyobraźcie sobie: kobieta sama z dziećmi i staruszka, która ledwo chodziła.

– Jak mama została sama, to ona prowadziła cegielnię, cały dom?
– Tak. Nic nowego się tam nie działo, bo trwała wojna. No i Józef Iwaszko, i Zosia Kuszykowa, i jeszcze dwie osoby, nie pamiętam, była Maria i Jaś…
– Kim jest Maria?
– To przyjaciółka Kushikovej. Albo krewna. Pomogła jej.
– A Yas?
– A Jaś zawsze był z Iwaszką. On świetnie jeździł konno.
– Więc miałeś asystenta?
– Nie wiem. Ale ten Yas był bardzo miły.
– Czy Iwaszko został?
– Tak, bo miał żonę, dzieci i kochankę.
– Ale twój ojciec poszedł do wojska.
– No tak, wtedy. To był koniec maja albo początek czerwca.
– A Iwaszko?
– A Iwaszko cały czas siedział.
– Czy pamiętasz jak to było? (wyjazd – red.)
– Już wtedy byliśmy bardzo przestraszeni. Część domu była zamieszkana.
– Sowieci?
– Tak. Mieli całe pierwsze piętro, a biuro mojego ojca było na parterze.
– Pamiętasz, jak wyglądało to biuro? Chodziłeś tam jako dziecko?
– Tak. Było tam bardzo duże biurko i półki z książkami i papierami. Mnóstwo szuflad. I kilka foteli. Nie pamiętam, jak oni (wojsko radzieckie – red.) się tam zachowywali. Iwaszko czuł się wtedy jak nasz opiekun. Pewnego dnia przyszedł i powiedział: „Uciekajcie! Robi się tu niebezpiecznie”.
– Do twojej matki, prawda?
– Tak. Niemcy zaczęli się wycofywać, całkowicie, i mieli zlikwidować tymczasową przeprawę przez Xiang. A mama zapytała: „A kiedy?”, na co on jej odpowiedział: „Teraz”. Oczywiście mama miała przy sobie trochę pieniędzy. Iwaszko przygotował powóz, włożył pod siedzenie mnóstwo siana, worek owsa i powiedział: „Z jedzeniem sobie poradzisz, ale koń bez jedzenia nie pojedzie”. A to były konie, na których nie jeździliśmy, to były dwie młode klacze. Wiedział, które wziąć. Dał mi dobrą uprząż. Próbował zrobić budkę na wozie, ale się nie udało. Więc nic takiego się nie stało. Mama zabrała parasole, koce. A mama… aha, jeszcze jedno, zapomniałem powiedzieć. Kiedy Iwaszko spakował nam wszystko, brat mamy służył w wojsku. No cóż, wszyscy poszli do wojska. Był dużo młodszy od mamy. Wysiadł z pociągu pancernego we Lwowie, wszyscy wysiedli, bo kapitulacja już nastąpiła [1] . Służył pod generałem Mackiem [2] , był podporucznikiem. Był już świetnym oficerem. Przyjechał też, był w Sądowej Wisznej przez parę godzin. Umył się, dobrze zjadł, przebrał się, mama dała mu świeże koszule; to prawda, był bardzo wysoki, a mój ojciec nie. Ale jakoś się udało… Mama wszystko mu przygotowała. I wsiadł na estakadę [3] , jechał. A mama siedziała obok niego. A ja z babcią jechałyśmy z tyłu. A Zosia Kuszykowa dała nam też kanapki na drogę i termos herbaty. I – do widzenia. Koniec.
– A co jeszcze zabrałeś ze sobą?
– Nic.
– Trochę ubrań, trochę pamiątek rodzinnych?
– Mama wzięła koce, spakowała kilka rzeczy dla dziecka i trochę ubranek dla siebie.
– Rozumiem. Pamiętasz tę gospodynię, która pracowała dla twojego ojca, kiedy musiałeś opuścić Sudową Wisznię?
– No, była z nami Zofya Kushikova.
– Więc poszła z tobą?
– Nie, nie, ona nas wysłała. Pomogła spakować rzeczy dla dzieci.
– Czy pamiętasz jak ona wyglądała?
– Pamiętam. Była bardzo piękna. Brunetka. Młoda. Miała córkę. Jej mąż był palaczem w cegielni. Miała córkę, której dała na imię Olga (moja mama miała na imię Olga). No i oczywiście moja mama, jako matka chrzestna, zawsze… bardzo je ceniła, chciała im odwdzięczyć się za serce, za szczerość. Nie istniało coś takiego, żeby ktoś się bał drugiego człowieka. Albo się kogoś wstydziło, albo uważało, że ten drugi jest gorszy. Nie istniało coś takiego jak różnica w zamożności, różnica społeczna, a nawet historyczna, bo… Byłam lekarką w Algierii przez cztery lata, na kontrakcie, Ministerstwo Zdrowia dało mi taką możliwość i skorzystałam z niej, bo znam francuski. Dlatego mogłam wyjechać tylko do Afryki Francuskiej. A w moim paszporcie napisali, że urodziłam się w ZSRR. I jakiś urzędnik tam pyta: w jakim mieście? I popełnili jeszcze jeden błąd: nie dość, że pisali o ZSRR, to jeszcze zniekształcili obraz kraju i miasta.
– A jaki kraj dostałeś?
– Napisali mi Lwów. A to miasto to Związek Radziecki. Potem poprawili to przed wysłaniem.
– A pamiętasz jeszcze… więc Kushikova była młodą kobietą, brunetką…
– Brunetka, bardzo zgrabna, szła szybko, zawsze uśmiechnięta, całowała, ciągnęła za ucho.
– A jej córka, bawiła się z tobą?
– Nie, była bardzo mała. Mniejsza nawet od mojego brata.
– Pamiętasz ją, czy Kushikova przyjechała z nią?
– Nie, tylko ja. No cóż, to był duży dom. Były tam dwa psy.
– Czy zachowała się jakaś korespondencja między twoim ojcem i matką?
– Nie. Oboje zmarli w Krakowie. Wyrzuciłem mnóstwo rzeczy. Nie zostały oddane do publikacji. Ale moi rodzice nie rozstawali się zbyt często. Mieli dużo korespondencji z tymi, którzy pozostali za granicą ˂…˃ ( pokazuje zdjęcie z Limanowej – red. ). Zawsze mieliśmy psa, zawsze.

– Miałeś powóz?
– Nie, nigdy. Najważniejsza jest bryczka. Miała na sobie budkę, na wypadek deszczu. I nie było powozu (pokazuje zdjęcie swojej rodziny w pobliżu pałacu, w tym brata – red.) . To mój brat. Zginął w wypadku samochodowym. Ukończył architekturę.
– A gdzie było wejście do pałacu od strony ulicy?
– Pałac zwrócony był do ulicy tylną fasadą ( tył – przyp. red. )
– Czyli znajdował się tylną fasadą zwróconą w stronę wejścia. A jak wyglądało to wejście?
– Była tam mała łąka, droga, która biegła wzdłuż boku domu i do wejścia.
– Czy była tam jakaś zamknięta brama?
– Pewnie byłem, ale na dole, przy ulicy. A tu, między cegielnią ( a pałacem – red. ) – nie. ˂…˃ Zebrałem te wszystkie zdjęcia od ludzi, bo takich rzeczy nie zabieraliśmy ze sobą.
– Zebrałeś rodzinę?
– Tak.
– Mam jeszcze pytanie dotyczące mostu nad rzeką. Czy istniał tam wtedy, tak jak teraz? Czy coś pan o nim pamięta?
– Nie. Pamiętam tylko, jak mój ojciec zdołał wrócić do domu w 1939 roku, kiedy kapitulacja była już podpisana, i wieźli go do Katynia [4] , a mój ojciec starannie złożył mundur, powiesił w szafie kuzyna i poszedł do domu. Ale nie mógł się przeprawić. Już wtedy nadchodziła taka inwazja na Polskę… Ale jakoś tam dotarł…
– Gdzie się dostałeś?
– Do Limanowej. Ale kiedy pojechał do Limanowej, gdzieś w marcu czy lutym ˂…˃, miał nadzieję, że dowie się, co stało się z jego matką. To było miejsce, gdzie… to był taki magnes. A moja matka: „Krzyszków! Krzyszków!”… i najmłodszy brat mojego ojca, Zygmund, też tam mieszkał ˂…˃ A moja matka była z nami… Kuśykowa i Juzek Iwaśko nas wysłali. Wyruszyliśmy do Przemyśla. Ale nie było żadnej przeprawy przez Wisłę, w ogóle. A Niemcy właśnie opuszczali most pontonowy. Wujek został z nami i babcią przy wagonie, a matka poszła do wartowni ( mostu pontonowego – red. ). Mama znalazła wśród nich oficera, którego najmniej się bała i zapytała: „Proszę pana, mam dwójkę dzieci, chorego brata, męża nie ma ze mną, mam starą teściową i muszę tam jechać, bo mam tam rodzinę na prowincji. Nie mam nic, tylko najbliższych i dwie klacze, które nas ciągną. Ale nie przepłyną przez te łodzie, które już są…”
– Kołyszą się…
– Trzęsą się. Bo to były konie, które nie były do tego przyzwyczajone. „Czy mógłby mi pan pomóc, proszę pana?” I zawołał dwóch chłopców… i poprowadził nas przez most. Kiedy nas prowadził przez most, mama i wujek uklękli na ziemi… że w ogóle udało nam się przejść przez most o zmierzchu, który się trząsł… A kiedy mój ojciec upadł, przyszedł lekarz…
– Gdzie upadło?
– Jak poznałem moją matkę. Pocałowałem ją w rękę i upadłem.
– W Limanowej?
– Tak, w Limanowej. Był bardzo zmarznięty, miał odmrożoną nogę. No, ale… rodzina to nie tylko fotografia. To, że żołnierze przyjeżdżali z niewoli w różnych stanach, było w tamtym okresie bardzo powszechne. Wyzdrowiał po dwóch, trzech miesiącach. Nie pozwolono nam jednak go odwiedzać. Obawiali się, że przyniesiemy mu jakieś przeziębienie czy coś. Nie, no, pojechaliśmy go tam trochę odwiedzić. Ale nie mogliśmy mu na przykład skakać po głowie, jak w domu. I teraz – co dalej? Jak tylko mój ojciec odzyskał siły… 8 km od Limanowej jest klasztor cystersów, którzy mieli spore posiadłości ziemskie, a mój ojciec był dobry w rolnictwie, jeździe konnej i w lesie. A oni – czyżby nie było dla nich pracy? Dali nam mieszkanie, w domu z trzema pokojami i kuchnią. Ktoś tam mieszkał, a my musieliśmy czekać… Podzielili się z nami poduszką, kocem, ubraniami, rodzina też miała. A niedaleko Limanowej, w Przeszowie, mieszkała najstarsza siostra mojego ojca, która bardzo chciała zostać babcią. Była wdową od dawna, a jej syn, który ukończył szkołę podchorążych we Lwowie w 1939 roku, był kornetem w wojsku. Został ranny w bitwie pod Kutnem [5] i Niemcy wzięli go do niewoli i zawieźli do szpitala w Opolu. A moja ciocia wzięła czapkę… mówiła bardzo dobrze po niemiecku, była starszą siostrą mojego ojca i była niezwykle odważną osobą. Wzięła wszystko, co miała: trochę biżuterii, trochę pieniędzy. Wszystko, co miała. Bez wizy, ani pozwolenia, ani żadnego niemieckiego paszportu, miała tylko działającą kenkartę [6] [7] , w dziwnym kapeluszu, która mu powiedziała: „Nie daj sobie nogi uciąć. Ja ci pomogę, zabandażuję, żebyś mógł na niej stanąć”. I powiedziała jeszcze: „Słuchaj, jeśli chcesz komuś w rodzinie powiedzieć, to nie wolno, ale wyślę ci ten list”. I wysłała ten list. A ta moja ciotka zabrała ze sobą, oprócz kilku rzeczy w walizce, bo miała przy sobie wszystko, co cenne, wzięła też pistolet ( śmiech – red. ). Pojechała pociągiem. Bez dokumentów. I mówiła świetnie po niemiecku. Nikt jej o dokumenty nie pytał, miała bilet. Przyjechała, odebrała chłopca i przywiozła go do domu – mieli mały majątek w Przeszowie koło Limanowej. Romek nie miał wtedy nawet dwudziestu lat…
– Romek – kim on jest?
– To ten facet. A potem w Krakowie znaleźli szewca, który zrobił mu buty na ten obcas. Zawsze trochę kulał. Ale mógł chodzić, bo nie mógł założyć swoich zwykłych butów. Odrósł, ale ten obcas był zdeformowany – w jednym miejscu go brakowało, w innym był za duży. I ona go przyniosła. I wyrzuciła pistolet ( śmiech – red. ).
– Czy mogę zadać ci jeszcze jedno pytanie? Mam jeszcze kilka pytań dotyczących tego okresu przed wojną…
– Proszę.
– Ten most nad rzeką – czy służył jako wejście na teren pałacu?
– Nie. Było tylko jedno wejście, od strony głównej drogi, na dole.
– A co do garaży…
– Nie było w ogóle garaży. I nie było samochodu. Za to zawsze były wspaniałe konie, zawsze byli masztalerzy, zawsze byli panowie, którzy się końmi opiekowali. Bo wszystkie te konie miały metrykę. To były takie konie paradne. Jeden z nich miał być wystawiony na wystawie, źrebak, jakieś 21 miesięcy, może dwa lata… Nie wiem. Młody ogier. Załadowali go do wozu na parę godzin. W końcu przyszedł masztalerz z Państwowego Stada Ogierów [8] i kazał wziąć derkę i zakryć mu oczy, nic nie mówić, tylko prowadzić go do tyłu. Iwaszko trzymał go za uzdę do Lwowa, bo bał się, że uderzy głową o sufit wozu. Pokazali go na wystawie. Wszystkie konie miały trochę siana, takie koryto, pochylali nad nim głowy, a nasz koń wziął to koryto w zęby i… ( śmiech – red. ). Oczywiście, to był ogier, nie wykastrowany koń. Pięknie! Tata mówił, że za to mógłby sobie kupić dwa fiaty, ale… ( śmiech – przyp. red. ). Tyle razy był w wojsku, służył w artylerii, mieszkał konno. Mieszkał z końmi na co dzień… Pokażę ci jeszcze coś – to moja pieczęć ( zdejmuje pieczęć z palca – przyp. red. ), którą zostawił mu tata. Dostał tę pieczęć od ojca. W bitwie pod Stochodem [9] spał w nocy w jakimś namiocie, koniom zabrakło siana i musiał wyjść po siano. I sam wyszedł. Załadowali to, co miał przynieść, a on wrócił. I odkrył, że pieczęci brakuje.
– Czy to pieczęć rodzinna?
– Tak. Gdzieś spał. Nie spał całą noc, a następnego dnia musiał wracać po siano. I jechali przez bagno, a ordynans [10] powiedział do niego: „Panie poruczniku, koń uderzył podkową w żelazo”. A potem uderzył w kamień ( wskazując na fokę – przyp. red. ).
– Rzeczywiście, rozumiem.
– Ten kamień nigdy nie odleci. Tę pieczęć noszę zawsze przy sobie. Po co mój ojciec miał ją przy sobie? Będzie ci potrzebna. Nie było telefonów komórkowych, różnych innych rzeczy, nie było podpisów podczas wojny, a mój ojciec często musiał pisać jakiś raport po jakimś zadaniu czy wydarzeniu. A kiedy kurier odjeżdżał, mój ojciec nie miał lakieru, żeby go zalakować, żeby go opieczętować, a to jest pieczęć…
– Czy to jest herb twojej rodziny?
– Tak, Noga. Wiadomo było, że ktoś inny nie miał go na palcu. Taka jest historia ( śmiech – red. ).
– Czy wiesz, kto był pierwszym właścicielem tej pieczęci?
– Mój ojciec, mam to po moim ojcu.
– A jego ojciec?
– Nie wiem. Mieli to, bo… jeśli ludzie mieli studia, jakieś stanowiska, tak, to był sposób na ( certyfikację dokumentów itp. – red. )
– Ale ile lat ma ta pieczęć?
– Będzie miała około 150 lat. A to jest pierścionek tej babci ( zdejmuje go z ręki – przyp. red. ) ˂…˃ Jestem czwartą osobą, która go posiada.
– Bardzo piękne. Skąd wiem, że jest złote?
– Tak, i bardzo ładne kamienie.
– A które, wiesz?
– To szafir i te małe diamenty.
– Jeszcze jedno pytanie: czy wiesz coś o tym domu – rezydencji przy pałacu przy ul. Zawodskiej 11? ( tzw. dom gościnny – przyp. red. )
– Nie mam pojęcia… Dobry przyjaciel mojego ojca, pułkownik Filipowicz, mieszkał w Dowhomostyskim i zginął w Charkowie. Zabrali go do Starobielska, nie wiem dlaczego, ale jak ich rozstrzelano, to pochowano ich gdzieś pod Charkowem.
– Jeszcze jedno pytanie: czy może Pan powiedzieć coś na temat pochówku Jana Marsa w 1924 roku i Eugenii Jasińskiej [11] w 1906 roku w Sudowej Wisznej?
– Nie… Wiem, gdzie są pochowani…
– Gdzie są pochowani?
– Na starym cmentarzu. Tam jest grób Jana, bo Eugenia zmarła przed wojną. Zrobiono jej nagrobek ze szwedzkiego czarnego granitu, starannie wypolerowany. Sam nagrobek z inskrypcją został skradziony.
– Skradzione?
– Tak, natychmiast.
– A kto?
– Nie wiem, nie mam takich kontaktów ( śmiech – red. ). A sama płyta nie mogła zostać skradziona i zniszczona, bo jest bardzo ciężka. I nic na niej nie rosło. Później… ten pan w Sądowej Wisznej, Roman Wojcicki, doskonale wie, gdzie to jest. Miałem taki przypadek, parę lat temu… pięć, osiem, dziesięć… Byłem we Lwowie z Janickimi. Janicki wrócił potem do Warszawy, a ja zostałem w Sądowej Wisznej, chodziłem na cmentarz, do kościoła. I chodziłem do tego biskupa, Sapeljaka, kilka razy w różnych sprawach [12] . A wieczorem jakoś miałem dużo czasu. Wojcicki mówi: „Chodźmy jeszcze raz na cmentarz”, mówię mu: „Och, jestem panu bardzo wdzięczny”. On mówi: „Wiem, że chciałby pan pójść, nawet część ( cmentarza – red. ) tam skosiliśmy ”. Przy wejściu, a to stary cmentarz, stał dom, ktoś miał tam mieszkanie. A kiedy wychodziliśmy z cmentarza – zapaliłem znicze, zostawiłem księdzu pieniądze na nabożeństwo, wszystko było jak należy – ten starszy pan stanął w bramie i szepnęliśmy coś do siebie. Potem mnie przywitał, spojrzał na mnie, spojrzał na mnie i powiedział: „Nie pamiętasz, jak razem z piasku wyrzeźbiliśmy pałac?”. A ja nie pamiętam ( śmiech – red. ). Ale mówię: „No dobrze, co pamiętasz?”.
– A kto to był?
– Mieszkał tam pewien mężczyzna, który mnie dobrze znał, bo często przychodził z kimś i bawiliśmy się razem. I on mnie rozpoznał, ale ja jego nie ( śmiech – red. ). Był taki wysoki.
– Pamiętasz jego imię? Z jakiej rodziny pochodził?
– Cóż, Wojcichski na pewno wie, bo dobrze go znał. Radziłbym ci porozmawiać z Wojcichskim…
– Czy on jest ze wsi?
– Nie, mieszka w samym mieście. Na ulicy… Mam jego wizytówkę.
– Chodzi o Wojcickiego i jego przyjaciela?
– On już nie żył. Szukałem go później, kilka lat później. Cała jego rodzina wyemigrowała do Kanady. Był sam w tym domu.
– A to był dom w Sudowej Wisznej…
– Przy samym wejściu na cmentarz.
– Mieszkał tam i przed wojną bawił się z tobą, tak?
– Tak. Przyjrzał mi się uważnie i powiedział: „Nie pamiętasz, że… budowaliśmy jakieś zamki z piasku” ( śmiech – red. ).
– Wróćmy do Jana Marsa i jego żony…
– Oto oni ( wskazuje na zdjęcie – red. ) Ale ona, nie wiem, była albo Ukrainką, albo Rosjanką… Mój ojciec przyjechał do Sudowej Wiszni, kiedy skończyła się I wojna światowa, a mój wujek już nie żył. To było jakoś w tym samym czasie, co jego śmierć. A potem ona jakoś bardzo szybko odeszła…
– Nie wiesz nic szczegółowego o tym małżeństwie ( Jany Marsy z Józefą Jasińską – red. ) , tylko tyle, że była albo Ukrainką, albo Rosjanką…
– Tak, i nie lubiła tych całych rodzin, bo wydaje się… Nie wiem na pewno… Czy była z Janem w ramach małżeństwa, czy w jakiejś innej… Ale powiem tak: wszystko jej zapewniono. Ojciec nawet jej tam coś przysłał, na zimę – dobre ziemniaki, buraki… I miała mnóstwo gości…
– Czy podobały ci się goście?
– Według legendy… Ale nie z rodziny tego mężczyzny. Ale mężczyzn było wielu, i to ciekawych. Bo synów było sześciu ( mowa o Janie Marsie i jego braciach – przyp. red. ). Wyobraź sobie: pobrali się, mieli dzieci.
– A kto zaopiekował się grobami Eugenii i Jana Marsów?
– Jak byliśmy, to byliśmy. A jak już nas tam nie było ( w Sudowej Wisznej – red. ), to czasem ktoś zapalał świeczkę. A teraz ustalono, że ktoś tam ciągle sprząta.
– Kto to robi?
– Lyuda z Sudowa Wysznego. Ukrainiec z Sudowa Wysznego. Jest postrzegana jako członek rodziny. Wychowała moje dwie wnuczki.
– Jak poznałaś tę Ludę?
– ˂…˃ Przyjechałem dwadzieścia lat temu.
– Czy masz jeszcze jakichś krewnych w Sudowej Wisznie?
– NIE.
– Wszyscy już nie żyją…
– On jeszcze żyje, ale nie mogę się z nim skontaktować, wnuk Peigerta, dziennikarz, kronikarz wszelkich możliwych… drzew genealogicznych wszystkich najważniejszych rodzin w regionie, zna je na pamięć. A mógłby wiele powiedzieć.
– Gdzie on mieszka?
– W Warszawie, w Wołominie [13] . Ale chciałbym go złapać, ale to nie jest łatwe, bo on ciągle gdzieś biega.
– Czy masz z nim jakiś kontakt?
– Mam telefon, ale muszę ustalić, gdzie on jest ( na spotkanie – red. )
– Ostatnie pytanie dotyczące pałacu: czy istniało podziemne przejście z jednej części pałacu do innej części miasta?
– Nie, nie było. Była tylko duża piwnica, do której wejście było tam, gdzie były schody. Mój ojciec miał klucze do piwnicy, gdzie były wina.
– Ach, te węgierskie.
– Nie tylko. Ale głównie węgierskie. Ale były też włoskie i francuskie. – Prawdopodobnie zakończymy naszą rozmowę o pałacu tymi winami. Już tyle nam pan powiedział.

[1] Ostatnia komórka zorganizowanego polskiego oporu w Kocku skapitulowała 6 października 1939 roku.
[2] Stanisław Władysław Maczek (1892-1994) – polski wojskowy, generał broni.
[3] Koza – siedzenie dla woźnicy z przodu powozu, faetonu itp.
[4] Katyń to obszar położony niedaleko Smoleńska, miejsce masowego pochówku polskich żołnierzy rozstrzelanych przez NKWD wiosną 1940 roku.
[5] Bitwa pod Kutnem (bitwa nad Bzurą) – bitwa stoczona w czasie II wojny światowej pomiędzy armiami polskimi „Pomorska” i „Poznańska” a niemieckimi 8. i 10. armią Grupy Armii „Południe” od 9 do 22 września 1939 roku, zakończona klęską wojsk polskich.
[6] Kenkart (dowód osobisty) był głównym dokumentem tożsamości w III Rzeszy. Podczas II wojny światowej Niemcy wydawały Kenkarty również niektórym obywatelom podbitych krajów. W zależności od przynależności etnicznej posiadacza, Kenkarty miały różne kolory.
[7] Córki Miłosierdzia (Córki Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo, Wincentianki, Siostry Szare) to katolickie zgromadzenie żeńskie założone w XVII wieku przez świętych Wincentego a Paulo i Ludwikę de Mariac.
[8] Państwowe Stado Ogierów – Państwowe stado ogierów w Sudowej Wysznej.
[9] Bitwa pod Stochodem była częścią większej bitwy na Wołyniu i Podolu; walk pomiędzy polską 18. Dywizją Piechoty a oddziałami radzieckiej 12. Armii podczas jesiennej ofensywy wojsk polskich w czasie wojny polsko-bolszewickiej (wrzesień 1920).
[10] Szeregowy – żołnierz, zazwyczaj szeregowy lub podoficer, który pozostaje do dyspozycji oficera w celu wykonywania wszelkiego rodzaju prac pomocniczych.
[11] Chodzi o teściową Jana Marsa, Eugenię Jastrzębską.
[12] Andrij Sapelyak (1919-2017) – biskup Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego w Argentynie. Od 1997 roku mieszka na Ukrainie.
[13] Wołomin – miasto w środkowo-wschodniej Polsce, 20 km od centrum Warszawy, ośrodek administracyjny powiatu wołomińskiego, województwo mazowieckie.