Krystyna Mars-Gawlikowska, córka ostatniego właściciela majątku Sudowa Wisznia, jest dziś jedyną osobą, która mieszkała w Pałacu Marsów do 1939 roku, czyli w okresie, gdy rezydencja ta stanowiła centrum kompleksu ziemstwa i przeżywała apogeum swojej świetności. Katastrofa II wojny światowej radykalnie zmieniła życie mieszkańców pogranicza ukraińsko-polskiego. Sudowa Wisznia, zamieszkana przez Ukraińców, Polaków i Żydów, przestała istnieć. Marsyowie opuścili miasto na zawsze. Ten świat przestał istnieć, pozostając jedynie w dokumentach i pamięci ludzi. Wspomnienia, którymi Krystina Mars-Gavlikovska się z nami podzieliła, dają okazję do odkrycia kulis życia w majątku ziemskim w Sudowej Wiszni w okresie międzywojennym, do zobaczenia go w całej jego różnorodności, dostrzeżenia w każdej działce ludzkich marzeń i pracy, doświadczeń i nadziei, pomocy świadczonej innym oraz czynów.
Fundacja Ukraińsko-Polskiej Historii Ludu jest wdzięczna Pani Krystynie Mars-Gawlikowskiej za zgodę na przeprowadzenie (kilkugodzinnego!) wywiadu, a także prowadzącemu wywiad, docentowi Instytutu Slawistyki Polskiej Akademii Nauk, Elii Kwiecińskiemu, oraz Tarasowi Radu za rozwiązanie wszelkich kwestii organizacyjnych. Wywiad został nagrany 9 sierpnia 2023 roku.
(Część pierwsza)
– Zacznijmy od samego początku…
– Proszę pani, to jest generalnie historia dwóch bardzo licznych rodzin, które zawsze miały ze sobą idealny kontakt. Wszyscy to chłopi [1] , stara szlachta. I myśmy się pewnych rzeczy trzymali – wszystko jedno. Ojczyzna – na pierwszym miejscu, matka – na drugim, a na trzecim – cała reszta. I tak to trwało przez pokolenia. I powstanie styczniowe [2] , a później walka Rzeczypospolitej Krakowskiej [3] , i historia powstańców styczniowych, którzy nic nie zdobyli. Nie mieli wielkich możliwości, niektórzy byli obserwowani przez różne służby, policję…
– Rozumiem. Ale zacznijmy od ciebie – opowiedz nam o sobie.
– Chciałem ci tylko powiedzieć dlaczego… Tak wyglądała rodzina Jana Marsa ( pokazuje zdjęcie grupowe – przyp. red. ). To „złote wesele”, więc cała rodzina jest tutaj. On jest gdzieś tutaj ( Jan Mars; wskazuje palcem na osoby w dolnym rzędzie zdjęcia – przyp. red. ). Miał pięciu braci. To był dom w Limanowej [4] , z którego wyjechało pięciu, a szósty został tam do końca. Sześciu braci.

– To jest w Limanowej? ( wskazuje na zdjęcie – red. )
– Tak, to jest w Limanowej.
– Skąd to jest? ( wskazuje na zdjęcie – red. )
– To jest z Pustomyt [5] . Należało do mojego ojca. Teraz jest tam duże sanatorium. Teraz jest w granicach Lwowa… Moja mama pochodzi z takiej dużej rodziny ( pokazuje zdjęcie – przyp. red. ).
– Czy na którymś ze zdjęć jest Twoja mama? ( wskazuje na zdjęcie z Limanowej i zdjęcie z Pustomyt – red. )
– Nie, nie…
– Czy to już jest sędziowska wiśnia?
– Moja mama stoi tu pierwsza ( wskazuje na zdjęcie – przyp. red. )
– Czy to jest w jurysdykcji? Nie?
– Nie, to jest w Graboszycach [6] , niedaleko Oświęcimia i Wadowic, w połowie drogi. Moja mama miała siostrę, do której często chodziłyśmy, pomagałyśmy sobie nawzajem…
– Czy to była Sudowa Wysznia i Graboszicy?
– Tak. A rodzina Marsów wyjechała po zakończeniu I wojny światowej do… musieli wyjechać, bo podwórko – mam tu teraz zdjęcia – w Limanowej jest małe, maleńkie. Sześciu braci dorastało i każdy chciał się kształcić. Mieli możliwość zdobycia wykształcenia. Ale nie wrócili do tego małego domu. Bo to byli ludzie, którzy się pobrali, zwiedzili świat… To były lata 20. ( XX wiek – red. ), podróżowali, studiowali. I każdy chciał się ustatkować, ustatkować itd.
– Rozumiem. Skąd w historii twojej rodziny wziął się pałac w Sudowej Wisznej?
– Właściwie, dlaczego ta pani pyta: „Skąd się wziąłeś?”. Jeden z tych sześciu braci, ekonomista z wykształcenia, zajmował się eksportem i importem produktów spożywczych. Nie znalazł tu pracy i przez wiele lat pracował w Odessie. Tam znalazł żonę, która była wdową. Jedyne zachowane zdjęcie ( przedstawia zdjęcie Jana Marsa z żoną Józefą Jasińską – red. )
– Stryj Jan z żoną, właścicielką „Sudowej Wiszny” ( tak brzmi podpis pod zdjęciem – red. ). Tutaj widzimy, że to Kijów ( zdjęcie zostało zrobione w kijowskim studiu fotograficznym – red. ).
– I kupił Sudową Wisznię, która popadła w ruinę. I pięknie ją odrestaurował, zaczął nią gospodarować. Potem zaczął chorować. Nie trwało to długo. Zmarł. A potem jego żona. Zostawił mojemu ojcu cały majątek w testamencie. Z warunkiem, że będzie zobowiązany zapłacić określoną kwotę jednemu ze swoich kuzynów. I tak mój ojciec pojawił się w Sudowej Wiszni. Ale wszystkie jego plany pokrzyżował obowiązek wobec ojczyzny. Wstąpił do Legionów [7] w wieku 17 lat. I skłamał, że ma 18 lat.
– Rzeczywiście ( trzymając zdjęcie Krzysztofa Marsa – red. ), to wciąż całkiem chłopięcy chłopak.
– Jest jeszcze jedno zdjęcie, w ramce… Pojechał wtedy do Wiednia na tę pierwszą kampanię. Wtedy mój ojciec dowiedział się o testamencie, który spisał jego wujek Jan. Ale mimo to czekał do końca wojny. I jak tylko wojna się skończyła, poszedł się uczyć. A potem uchwalono ustawę, która mówiła, że każdy, kto był żołnierzem i chciał się uczyć, mógł zapisać się do studia. Ale mój tata nie miał jeszcze nawet matury [8] . Dostał dwa tygodnie urlopu, poszedł zrobić maturę, zdał ją i zapisał się do studia. Ta ustawa mówiła, że może się zapisać, ale liczyło się tylko to, żeby słuchał wykładów, interesował się tematem. A wszystkie praktyki, prace, staże… musiał to wszystko zrobić w krótkim czasie po zakończeniu wojny.
– Jak to się stało, że po studiach trafił w końcu do Sudowej Wiszny?
– Po przestudiowaniu… pokażę ci tutaj zdjęcia…
– O, dziękuję bardzo.
– ( szukam zdjęć – red. ) Ojciec natychmiast pojechał do Sudowej Wiszny. Stryj, zdaje się, jeszcze wtedy żył i bardzo chciał się z nim spotkać. Dał mu instrukcje, o które prosił. A jego żona ( Jana Marsa – red. ) otrzymała taki zapis [9] – 7% wartości majątku. Ale natychmiast wyjechała do Lwowa. Miała we Lwowie dwie siostry, wielu kuzynów… Jej potrzeby były niewielkie, co jedna osoba potrzebuje? Wysyłaliśmy jej to i owo, często jeździliśmy po to do Lwowa. A ojciec zaczął prowadzić gospodarstwo. Miał długi… nie on, opuścił go wujek. To był okres powojenny, było bardzo ciężko. Ojciec zaciągnął pożyczkę, spłacił część długów. Jednocześnie wrócił do pracy w cegielni. I podszedł do tego w sposób nowoczesny jak na tamte czasy. Bo przede wszystkim zaprosił geologów, którzy ocenili złoże gliny, czy jest dobre, jaka to glina, co można z niej zrobić, czy ją wypalić, czy nie, czy można ją polakierować… Pracował… Nie wiem, kiedy spał, bo palił papierosy, był bardzo chudy, ciągle w ruchu. I częściowo wyszedł z długów. Wszystkie sprawy związane z pochówkiem żony Jana Marsa rozstrzygał jego ojciec, jest pochowana gdzieś we Lwowie na cmentarzu Łyczakowskim. Stryj – w Limanowej [10] , bo w Limanowej jest kaplica, pod którą obecnie znajduje się około 60 trumien. Kiedy zmarł, zabrano go do Limanowej. A drugi brat, który był we Lwowie, był profesorem ginekologii i położnictwa, ukończył Uniwersytet Jagielloński w Krakowie, potem wyjechał do Wiednia… był bardzo znanym lekarzem, wszedł do historii Lwowa, bo robił różne rzeczy, które były nowoczesne jak na tamte czasy [11] . Kupił sobie piękny dom, który był dla nich za duży. W związku z tym na parterze ( w naszym rozumieniu na piętrze – przyp. red. ) mieściły się tam jakieś instytucje, nie pamiętam. Całkowicie zreorganizował klinikę, uczył, dużo pracował ze studentami. Na piętrze zrobił mieszkania, w których mieszkali studenci kończący studia. Żeby mieli spokój. Bo to było na ulicy Akademickiej [12] , w samym centrum Lwowa. Trzeci brat wyjechał do USA… Przepraszam, żeby nie pomylić pokoleń, bo jest ich bez liku…
– Przejdźmy może do samej Wiśni Sędziowskiej. Powiedziałeś, że twój ojciec…
– Po ukończeniu studiów jak najszybciej objął zarządzanie majątkiem…
– Która to była godzina? Po pierwszej wojnie światowej?
– Tak, po I wojnie światowej. Znalazłem się w takiej sytuacji, że miałem długi…
– Wziąłem kredyt… Tak. A kiedy urodziła się ta pani?
– Mój ojciec… Limanova… dlaczego ci o tym powiedziałem? Był w ciągłym kontakcie z Limanova, bo był jeszcze kawalerem ( kawalerem – red. ). A w Limanova mieszkała młoda dziewczyna, nie Marsiwna. Chciała wyjść za mąż za mężczyznę, który jej się podobał. W końcu odbył się ślub, na który pojechał mój ojciec. A mężczyzną, który jej się podobał, był brat mojej matki. Moi rodzice poznali się tam i bardzo szybko się pobrali. A moja matka od razu się do niego wprowadziła. To musiał być rok 1932.
– A ta pani jest jedną z…
– Cztery ( oznaczające rodzinę – przyp. red. ).
– A ile było dzieci?
– A nas było dwóch… No i ten trzeci niestety zginął w czasie ucieczki.
– To wstyd.
– Dwóch braci mojej mamy zginęło na granicy z Rosją, Białorusi wtedy nie było. Właściwie w Polsce, właśnie w tamtych okolicach. We Włodawie. Ksiądz ich pochował, bo zastrzelił ich jakiś komisarz, rosyjski.
– Było was troje, z czego dwoje dożyło dorosłości…
– Tylko dwa.
– Byłeś młodszy?
– Nie, byłem najstarszy. Byli młodsi. A moi rodzice zajmowali się rolnictwem… Ojciec spłacił długi dość szybko, częściowo z posagu mojej matki, częściowo wynajmując gospodarstwo instytucji naukowej, która zajmowała się doborem nawozów do różnych pól. Więc… nie było zauważalnego ożywienia w rolnictwie. Z drugiej strony, w cegielni… Bo mój ojciec zatrudnił geodetę, geologa, który to wszystko badał, czy warto, czy nie, co warto kopać, gdzie kopać, co kopać itd. Było to bardzo przydatne, bo złoże tej gliny znajdowało się tuż obok cegielni. Ładowali glinę na wozy – pchałem ją nogą i sami odjeżdżali. A kucyk ( mały koń – przyp. red. ) ciągnął dwa wozy. Cała ta komunikacja była zabawna. W cegielni mojemu ojcu szło bardzo dobrze. Zrobił tam nawet kilka udogodnień, wynalazł coś, opatentował całą Europę i sprzedał wiele swoich produktów do Francji. Zarówno do Francji, jak i do Niemiec. Robił takie rury spustowe na lotniska… Musiał robić formy, dobierać materiały i nieźle na tym zarobił. Wyszedł ze wszystkiego ( z długów i upadku majątku – red. ), odrestaurował dom po wojnie, bo był trochę inny, miał taki huczny…
– Gdzie była ta grzywka?
– Na wieży. Są tam zdjęcia, nawet mojej córki, w ramkach. A dach nie był zbyt…
– Czyli było nieszczelne?
– Tak, były dziury. No cóż, zaniedbano je, bo w tak dużym domu od dawna nie było właściciela. Tata zrobił to bardzo szybko. I wprowadził centralne ogrzewanie. I trochę zwiększył liczbę łazienek.
– A ile ich było?
– Kiedy wychodziliśmy, była piąta?
– A ile było wcześniej?
– Kiedyś było ich dwóch albo trzech, nie wiem. Przeprowadziłem tam pewne zmiany, głównie w pomieszczeniach mieszkalnych.
– Rozumiem. Przeniosłem różne pokoje i łazienki.
– A może… ( szuka zdjęcia w albumie; przesyła zdjęcie – przyp. red. )
– Cudownie, naprawdę. Czy w tę wieżę coś uderzyło?
– Chubok, tak. Dach był z cegły. A cegielnia dała mi szansę na coś w rodzaju… To małżeństwo moich rodziców ( widoczne na zdjęciu – przyp. red. ).
– A gdzie on jest?
– Też w Graboszycach. Tam, gdzie ci pokazywałem zdjęcie, takie duże. Wszyscy tu są. To podwórko, zabudowane, 524 ( oczywiście, powierzchnia – przyp. red. ). Ściany na parterze mają 1,5 m. Trzeba wejść po schodach do okna ( śmiech – przyp. red. ).
– Zeskanuję to później…
– Ale nie wiem, czego pan będzie potrzebował. Proszę spojrzeć, są tu różne inne zdjęcia. To jest taras na pierwszym piętrze. Jest tutaj ( na zdjęciu widać Pałac Marsowy – przyp. red. ). Bo te kolumny są za domem.
– A to? (wskazuje na zdjęcie – red.)
– To jest ze ślubu moich rodziców.
– Kto to jest? (wskazuje na zdjęcie – red.)
– Moja mama jest ze mną.
– Było jakieś przyjęcie?
– Nie, nie, przyszły siostry, przyszli bracia… I to tyle ( pokazuje na zdjęcie – przyp. red. )… tylko, że nie zawsze mam to w kolejności chronologicznej.
– To jest dzieciństwo, jeśli dobrze rozumiem?
– Tak. Jestem tu, prawdopodobnie, i mój kuzyn. I z nim też. To mój brat (wskazuje na zdjęcie – red.).
– Czy to wszystko jest w pałacu?
– Tak, tuż obok domu.
– Gdzie to jest? (wskazuje na zdjęcie – red.)
– I byliśmy na wakacjach przez dwa tygodnie.
– Gdzieś indziej, prawda? W górach?
– W Jaremczu… A to było krótko przed wybuchem I wojny światowej (wskazuje na zdjęcie – red.) . Mój brat był ode mnie młodszy o dwa i pół roku… Tu śpiewałem (wskazuje na zdjęcie – red.).
– Czy to jest przed pałacem? (wskazuje na zdjęcie – red.)
– Tak… Oto ojciec…
– Co to jest?
– Polowanie. Oto ojciec w kapeluszu (wskazuje na zdjęcie – red.) … To też jest polowanie (przegląda album – red.)
– Kto to jest?
– Mamo. Tylko że ona miała długie włosy, a potem krótsze… Oto mój tata z moim bratem (pokazuje zdjęcie – red.)
– Czy to jest przed domem?
– To jest w Limanowej. Zbierałem… ( zdjęcie; dalsza część wypowiedzi nieczytelna – red. )
– Gdzie to jest?
– To jest Prut. Kiedy byliśmy w Jaremczach, moi rodzice zrobili sobie zdjęcie. To jest Kamień Dowbosza (pokazuje zdjęcie – red.). To też jest w Jaremczach (przegląda album – red.)
– Czy to jest ojciec?
– Tak, to mój ojciec. Ukończył dwa kierunki.
– Ekonomia i co jeszcze?
– Nie, nie, rolnictwo, leśnictwo i ceramika.
– Wspaniały.
– Ceramika przez cegielnię.
– A tu ja w ogóle widzę ten sprzęt? (wskazuje na zdjęcie – red.)
– Z tym właśnie musieli zmierzyć się moi rodzice, kiedy wojna się skończyła. Wszyscy cieszyliśmy się, że w ogóle przeżyliśmy. I że jesteśmy razem.
– Gdzie to zostało zrobione?
– W Wadowicach. Tam mieszkaliśmy, moi rodzice tam mieszkali. Mama dobrze wiedziała… Rosjanie (mówili – red.) „Wypuśćcie nas!”
– Moja babcia też tak mówi…
– Nie znam dobrze rosyjskiego…
– Moja babcia też używa takiego sformułowania (śmiech – red.)
– Tak (śmiech – red.) … Moi rodzice nie mieli z czego żyć, bo wszystko stracili. Zostawili taki bogaty, zamożny, dobrze zarządzany dom. Żegnaj. Ojca nie było, był w wojsku. Mama uciekła z nami. I zrobili sobie warsztat tkacki i takie domowe rzeczy do spółdzielni (dalej niewyraźne – red.) w Nowym Targu [13] . A to siostra mojej mamy, która, nawiasem mówiąc, po wojnie wyjechała do Kenii (wskazuje na zdjęcie – red.) .
– Och, jakie ciekawe życie. Wróćmy jeszcze raz…
– To są zdjęcia, które mam… Nie wiem, kiedy mój ojciec je zrobił. To są moje wizyty na Ukrainie (pokazuje inny album – red.). To właściwie dom brata mojego dziadka, profesora [14] , przy ul. Akademicznej 23.
– Czy tak to wyglądało, kiedy pan przybył? (patrzą na zdjęcia Pałacu Marsa – red.) Czy coś się zmieniło? Jakie były pana wrażenia?
– Niezupełnie. Z tyłu domu, gdzie stały duże kolumny, i z tarasu poniżej, gdzie wychodziło się z jadalni, wszystkie okna były drzwiami. Można je było otworzyć. Mama grała bardzo dobrze.
– Na pianinie?
– Na pianinie.
– Gdzie on stał?
– W salonie… A potem wpuszczono mnie i mojego męża do środka, ale nikt z nami nie wszedł. Jeden pan powiedział…
– Który to był rok?
– 1995. Potem byłem tam jeszcze kilka razy. Z tyłu były kolumny i drzwi prowadzące na taras… Wszystkie kolumny wyrzucono, a drzwi zamieniono w okno.
– Ile osób mieszkało w pałacu?
– Stałymi rezydentami byli moi rodzice i my dwie, moja babcia i jedna pani…
– Czy ta pani pomogła?
– Trochę pomagała ojcu w biurze, wychodziła z nami na spacery, na zakupy… Nie wiem, czyją znajomą była. I jeszcze jedna służąca.
– To znaczy, że w domu były dwie osoby, które pomagały.
– Tak, dwóch. Kucharz by przyszedł. A jeśli gości byłoby więcej, to prosiliby kogoś innego.
– Czy miałaś własną nianię?
– Byłam mała, ale już wtedy, gdy urodził się mój brat. Potem było bardzo ciężko i pojechałam na cały rok do mojej ciotki, mojej matki chrzestnej. Do tej, która faktycznie osiedliła się w Kenii. Była już wcześniej zamężna, starsza od mojej matki. Byli bezdzietnym małżeństwem. I byli dość zamożni, bo mieli browar Okotsym [15] …
– A ile lat tam byłeś?
– Rok. Ale z przerwami, bo też byłem w domu. Nie chciałem długo siedzieć w klubie, bo na sali była papuga, która gadała, a ja nic nie rozumiałem (śmiech – red.) . Papuga mówiła po niemiecku. A to ta pani była ze mną (wskazuje na zdjęcie – red.) , bo mój brat był tylko z mamą.
– Pamiętasz jej imię?
– Tak, Mario.
– Czy była Polką czy Ukrainką?
– Polka. Moja mama miała za to miejscową panią. Ukrainkę czy Polkę, nie wiadomo. Bo mówiły po polsku, bo jak coś trzeba było załatwić w biurze, to po polsku. I wszyscy wiedzieli, że to Ukrainki. Bo w Polsce zawsze było dużo Ukraińców. Przecież byli aż do Tarnowa.
– A jakiego byli wyznania?
– Byli grekokatolikami i katolikami. W okolicy był kościół, do którego oboje chodzili.
– Wśród osób, które u ciebie pracowały, była taka pani Maria. A jak miała na imię ta niania?
– Nie pamiętam, przyjechała na kilka godzin. Ale nie mieszkała w naszym domu. Moja babcia, matka mojego ojca, też grała na pianinie. Dlatego w domu panował ruch. Uważała też za swój obowiązek uczyć dzieci, których nie było stać na opłacenie ich edukacji, i kiedy miała czas, uczyła trójkę dzieci.
– Lokalne dzieci?
– Tak, miejscowe, biedne dzieci. Które też dostawały jakąś kanapkę, cukierki do kieszeni, kawę albo czekoladę. Babcia ciągle to robiła. Miała do tego pasję. I miała osobną służącą. Była już stara, miała dość słaby wzrok i potrzebowała…
– Nie pamiętasz, kim była ta służąca?
– Jakiś lokalny.
– Jak ona miała na imię?
– Nie… A tu pani widzi, jakie piękne były te tarasy (wskazuje na zdjęcie – przyp. red.) . Mama posadziła mnóstwo kwiatów. Była jedna jedyna klacz, która potrafiła nawet skubać jej pelargonie (śmiech – przyp. red.) . Ale nie wiem, ile pelargonii posadziła. Bo tu kwiaty były wszędzie… A tu mam zdjęcia tego, co zostało (pokazuje zdjęcie z wyjazdu w 1995 roku – przyp. red.) . Jakiś pan nas wpuścił. Wszystko było czyste, uporządkowane… Poszliśmy na górę. I pamiętam, że tu nie było okien (wskazuje na drzwi – przyp. red.) , ale był mały ganek. I był w jadalni. Było tu miejsce na orkiestrę, kiedy jadalnia została przekształcona w salę balową. Były cztery takie balkony. I można było w razie potrzeby zajrzeć do środka, żeby zobaczyć, co się dzieje na sali. Ale tu (wskazuje na drzwi – przyp. red.) nigdy nie było okna. Ale nie z troski o dzieci… A poza tym mój mąż nie wierzył, że w domu jest winda, z kuchni. Bo kuchnia była na górze, na piętrze (czyli na drugim piętrze – przyp. red.) . Moja mama nienawidziła zapachu cebuli (śmiech – przyp. red.) . No, ale to nic, jeśli jest miejsce. Przed kuchnią był korytarz i była specjalna winda, która przewoziła nie ludzi, ale ciepłe jedzenie na dół, bezpośrednio do kredensu w jadalni. W podłodze zrobiono dziurę dla windy i ja ją znalazłam (podczas wizyty w 1995 roku – przyp. red.) . ˂…˃ Na piętrze znajdowały się główne pokoje dla gości i jedna łazienka na dwa pokoje.
– Gdzie mieszkałeś?
– Na parterze. ˂…˃ Dzieci mieszkały… Jest pan Roman Wojcicki w Sudowej Wisznej, on doskonale wie, jak tam było i co tam było. Gdzie były kolumny… Rozmawiałem z nim wiele razy, byłem w Sudowej Wisznej, byłem we Lwowie, wróciłem do Sudowej Wisznej… Wiecie, kiedy człowiek, jak Cygan, śpi z plecakiem przy poduszce, w którym jest bielizna, szaliki, sweter… Ile to lat minęło.
– Kto tak spał?
– Ja i mój brat. Podczas okupacji pojechaliśmy z Sudovej Vysnej do Limanowej, potem do Graboszyc, stamtąd do Przyszowa [16] , potem do Szczyżyca [17] . Jest tam duży zakon cystersów [18] ˂…˃
– Wróćmy do pałacu. Jak wyglądało twoje dzieciństwo w pałacu?
– Moje dzieciństwo było zwyczajnym dzieciństwem dziecka w domu, gdzie się nim opiekowano, myto, karmiono (śmiech – red.) . Kiedy urodził się mój brat…
– O ile był młodszy?
– Przez dwa i pół miesiąca.
– Więc prawdopodobnie nie pamiętasz tego okresu.
– Wiem, że z powodu narodzin brata musiałem opuścić matkę… w końcu bardzo kochałem ciocię. I po tych wszystkich wojennych przygodach… nie wrócili, bo nie mieli dokąd wracać… A teraz ktoś to wszystko kupił?
– Tak. I chcą… Właściwie to mnie pytali (nie znam ich osobiście), chcieliby, żeby wszystko pozostało po staremu. Żeby nadać temu miejscu autentyczny charakter.
– Ale mówię o mojej cioci w Okocimie. Byłem tam trzy razy (wielkość pałacu? – przyp. red.) . Bardzo ją kochałem, a moja mama wierzyła w to… dla spokoju ducha… i zabrała mnie na Okocimę. Byłem tam rok, a nie cały rok.
– W co bawiłeś się z dziećmi? Bawiłeś się z rodzicami?
– Bawiliśmy się w domu w chowanego.
– Duży dom oznacza, że możesz się bawić.
– Potem babcia nauczyła nas, że można jeździć na jej szalu po pokoju. A potem zaczęliśmy jeździć na hulajnodze.
– Miałeś skuter?
– Tak, miałem hulajnogę, miałem rower. Był taki czas, kiedy nie chciałem się nim dzielić z kuzynem i go ugryzłem. ˂…˃ W co graliśmy? We wszystko.
– Było was tylko dwoje. Bawiliście się, czy…
– Nie, bawiliśmy się z dorosłymi, przyszły też inne dzieci.
– Skąd pan jest, ze wsi? (Tutaj nie jest jasne, czy rozmówca, mówiąc o wsi, ma na myśli Sudową Wisznię – red.)
– Tak, ze wsi.
– A z tymi dziećmi…
– Tak, zawsze dobrze się bawiliśmy. Mieliśmy bardzo dobre relacje. Powiem tak: w tamtych czasach właściciele i służba… na przykład moja mama wprowadziła zwyczaj, że gdy przychodzili goście, którzy zostawali na dłużej, na przykład grając w karty albo…, mama podawała kawę o piątej i piła z nimi kawę. Robiła to sama, nie było pomocy. Wieczorami w domu zostawali tylko stali mieszkańcy. ˂…˃ Moja mama uważała, że nie powinna korzystać ze służby o takiej porze.
– Czy wracali do domu?
– Niektórzy poszli do domu, a inni do siebie, bo dwoje z nas mieszkało z nami. Była tam pani, która pracowała w biurze mojego ojca. Miał gabinet i małą poczekalnię. Pod wieżą. Było tam osobne wyjście.
– Gdzie grałeś najczęściej?
– W ogrodzie. Albo na tych tarasach, jeździłem na łyżwach.
– W jadalni czy w domu?
– Nie, w domu też. Ale kiedy pogoda była ładna, bardzo lubiliśmy biegać na dworze. Robiłem rodzicom kilka „niespodzianek”. Wpadałem do stajni, kiedy wypędzali barany i wskakiwałem na barana (w oryginale – na triku (tryku), czyli nie na wykastrowanym baranie, a takim, który był przeznaczony do rozrodu – przyp. red.) . Bo jechałem na kucyku. A ojciec zdjął mnie z tego barana, ale w kieszeni – na wszelki wypadek – miał strzelbę. Bo to wciąż był trik ˂…˃.
– A czy dzieci ze wsi, które przychodziły do ciebie, bawiły się w ogrodzie czy w domu?
– W domu, od czasu do czasu. Bo uwielbialiśmy bawić się piłką. W domu budowaliśmy z klocków, rysowaliśmy. A na Wielkanoc kupowaliśmy jakąś starą koszulę – w Wielkim Tygodniu malowaliśmy jajka. Każdy miał swój kubek, swoje farby, swoje jajka.
– Masz na myśli siebie i swojego brata?
– Brata nie było. Ale były dzieci, przychodziły różne dzieci. Niektóre jeszcze nie chodziły do szkoły.
– Czy pamiętasz imiona tych dzieci?
– Nie, po prostu każda przyjaciółka była Marysią.
– A ich rodziców nie pamiętasz?
– Znałem te nazwiska bardzo dobrze. Moi rodzice znaleźli je tutaj, na Ziemiach Powróconych [19] . Ci, którzy są starsi, młodsi od moich rodziców, nie wiem, czy jeszcze żyją. Ale odwiedzaliśmy ich, raz po raz.
– Czyli byli przyjaciółmi rodziny?
– W domu moich rodziców była grupa ludzi, którzy od dawna pracowali w cegielni. Dyrektor cegielni mieszkał w osobnym budynku, czerwonym domu, gdzie mieszkał z rodziną. Byli też inni pracownicy, m.in. zduni.
– A czy to też były ich dzieci?
– Tak. Ale nie było ogrodzenia ani zakazu. Spotykaliśmy się razem. W pobliżu nie było ulicy, nikt nie jeździł samochodem. Koń był stworzeniem, z którym świetnie się dogadywaliśmy. Pierwszy raz jeździłam konno, gdy miałam trzy miesiące. Z ojcem na ręku. Jako mała dziewczynka chodziłam pod kopytami koni.
– Miałeś dużo koni?
– Tak. No, może nie ilościowo. Ale mój ojciec interesował się końmi. ˂…˃ Miał bardzo ładne konie. Swoje własne.
– Czy miałeś stajnie?
– O tak. Było wszystko. Były owce, niewiele. Ich własne krowy. Dwie małe świnki. Kury miały ogrodzony teren.
– A kto opiekował się zwierzętami?
– W stajni był masztalerz [20] i trzech chłopaków . Firman Juzek Iwaszko. ˂…˃ Wrócił do domu. Tylko on nas brał na barki (śmiech – red.) . Był bardzo związany z moim ojcem, i przyjacielsko, i zawodowo. Bo tak – i polowanie było konieczne. Nie było konkretnej godziny. Był dzień, kiedy Iwaszko nie był potrzebny. I był dzień, kiedy potrzebny był cały dzień. To nie było jakoś uregulowane. Ale nie było między nimi żadnego dystansu. Moi rodzice byli młodzi. Ci ludzie też byli młodzi. Nie było powodu do czegoś takiego… Oczywiście, kiedy babcia spała, nie graliśmy na pianinie. Ale nie było żadnych niezręcznych zachowań.
– Nie pamiętasz innych, którzy pracowali w stajni?
– NIE.
– A w cegielni?
– Och, było tam mnóstwo ludzi. Ze 20, 30 osób. Może nawet więcej. Do cegielni prowadziła kolej. Dlatego cegły, rury spustowe na eksport i pokrycia dachowe ładowano prosto przy cegielni. My się tam nie wtrącaliśmy, mój ojciec robił tam wszystko. My tam nie chodziliśmy. Ale czasami Iwaszko przywoził kucyka z derką, na której można było usiąść. I jeździliśmy konno w pobliżu cegielni. To były nasze niezwykłe przyjemności. Często graliśmy piłką. Mieliśmy różne piłki. Nie było siatki (do siatkówki? – red.) ani tenisa dla dzieci. Była jedna dla rodziców.
– Czy twoi rodzice grali?
– Tak.

– Rozmawialiśmy o storczykach, które przywiozła twoja ciocia…
– Tak, i zaczęłam uprawiać storczyki w Okoczymiu. W szklarniach. To znaczy, w tym czasie storczyki były już w Polsce. Ona i moja mama bardzo się kochały. Często się spotykały. Tsotsia nie miała dzieci, więc częściej do nas przyjeżdżała… Ale zaczęłam jej opowiadać, co mama robi z ziemią. Chciała pomóc ojcu. I założyła plantację truskawek. Mama bardzo dobrze ją rozwinęła. O czwartej rano zaczynała pracę.
– Czy sam zbierałeś truskawki?
– Była czujna. Około dziewiątej przyjeżdżał samochód i odbierał zapakowane truskawki, tak jak życzył sobie odbiorca we Lwowie; bardzo często wysyłał je samolotem do Szwecji.
– Do Szwecji?
– Tak, ten kupiec. A może zostawił je tam, gdzie były, we Lwowie. Trudno mi powiedzieć. W każdym razie moja mama uprawiała te truskawki z wielkim powodzeniem. A kiedy nadszedł czas, żeby obciąć wąsy i posadzić je gdzie indziej, mama rozdawała je wszystkim dziewczynom, które u niej pracowały, za darmo. Skoro już ich nie sadziła, czyż nie powinny się zmarnować? Moi rodzice byli niesamowicie praktyczni. Oboje, będąc młodymi, opanowali różne umiejętności…
– Gdzie się uczyłeś?
– W Krakowie i Wiedniu.
– Wspomniałeś, że twój ojciec skończył studia rolnicze, a twoja matka?
– A moja mama pracowała w konserwatorium w Krakowie i w Wiedniu.
– Czy miałeś jakichś prywatnych nauczycieli?
– Nigdy.
– Czy nadal chodziłeś do szkoły w Sudowej Wisznej?
– Nie. Miałem 5 lat, kiedy wyjechaliśmy. 5 lat, kiedy raz na zawsze opuściłem dom. I to bez ojca. Dlaczego? Bo jak tylko stało się jasne, że będzie wojna, mój ojciec został o tym poinformowany (bo nigdy nie był zawodowym żołnierzem, ale miał doświadczenie wojenne – I wojnę światową, potem wojnę w 1920 roku – mój ojciec walczył ponownie). A w 1939 roku nadszedł dzień, którego nigdy w życiu nie zapomnę. Byliśmy z mamą i babcią w sieni. Przyszedł tata. Józef Iwaško przyprowadził najlepszego konia wierzchowego, osiodłanego. Iwaško wszedł do domu, do sieni. Nigdy w życiu nie widziałem konia w domu. Mój ojciec wyszedł z drugich drzwi w takim ubraniu, które bardzo mi się podobało. Sprawdziłem wszystko. Miał na boku torbę, mnóstwo różnych klamerek. Pożegnał się z nami. To było pod koniec maja – początek czerwca. Bo to było już wiadomo z góry. W końcu mój ojciec, jak w XX wieku, dobrowolnie odszedł. Miał już stopnie wojskowe, był zwykłym żołnierzem. Ale tu, w Przemyślu, otrzymał jakąś ważną funkcję. I pojechał do Przemyśla. Ucałował nas – rękę mamy, rękę babci – obie ręce. I tata odszedł.
– Chciałbym też wrócić do okresu sprzed wojny. Rozmawialiśmy o zabawie, o tym, że wtedy nie było korepetytorów. Rozmawialiśmy o gościach, prawda? O tym, że pani odwiedziła ciotkę. I chciałbym też zapytać o obchodzenie świąt.
– Opowiem ci o dzieciach. Rysowaliśmy. Umieliśmy czytać w tych książkach, „Kozłyki Matolkyky” [21] , znaliśmy je prawie na pamięć ( śmiech – red. ). Rysowaliśmy, znałem alfabet. Umiałem napisać „mama”, „tata”, „babcia” i coś jeszcze. Ale to nie była zwykła szkoła. Bo byłem wtedy jeszcze za mały na zwykłą szkołę. Dużo nam czytali.
– Czy pamiętasz, co ci czytali?
– Najbardziej utkwiła mi w pamięci „Dziewczynka z zapałkami” [22] (śmiech – red.)
– O, ja też kocham tę bajkę.
– I w ogóle wszystkie te bajki były cudowne, prawda?
– Jeszcze jakieś?
– Te też, nie wiem, czy bajki, bo to są baśnie literackie – „Bajki” La Fontaine’a [23] . Moja matka znała francuski bardzo dobrze, tak samo jak wszystkie te inne. Nauczyłem się od nich czegoś bardzo szybko.
– A czytała je po francusku?
– Nie (cytuje fragment po francusku, śmieje się – red.) A ja zawsze… Zawsze ich bawiło, że opowiadałem takie historie… Kiedy chcieli, żebyśmy nie rozumieli… ale rzadko używaliśmy francuskiego… (tutaj nie jest to jasne – red.) .
– Czy mówili po francusku tak, że nic nie rozumiałeś?
– Nie, po niemiecku. Bo pochodzili z terenów okupowanych przez Austrię, gdzie wymagana była znajomość języka niemieckiego, aby uzyskać wykształcenie średnie, maturę. Musieli nim mówić. Potem mój ojciec w Wiedniu bardzo szybko ukończył taki kurs… nie kurs. Dojeżdżał na zajęcia. Na wydziale (fakultecie – red.) budownictwa było coś jeszcze, nie mogę ci tego szczegółowo powiedzieć. Jeśli tego nie było, to tam zdobywał odpowiednie wykształcenie, żeby potem móc mądrze zarządzać cegielnią. I miał bardzo dobre wyczucie, bo opatentował produkty tej cegielni, dużo eksportował.
– A dokąd to wyeksportowałeś?
– Przede wszystkim do Francji. Może do Szwecji. Były tam jakieś specjalne rury do odwadniania lotnisk. To znaczy tam, gdzie były duże lotniska. Jakoś nie chcieli jechać do Niemiec. Bo jakoś to było jak: „Naprawdę pytam”, ale z daleka. Pojechali do Austrii i znali tam różnych ludzi.
– I oczywiście nie mówili po ukraińsku.
– Nie. Ale mój ojciec mówił po ukraińsku.
– Z miejscowymi?
– Z miejscowymi. Ale mój ojciec też pojechał do Lwowa. Mój ojciec, jeśli chodzi o miasto… burmistrz miasta (Sudovia Vyshna – red.) był bliskim krewnym, bo siostra mojego ojca wyszła za mąż za Peigerta. Mieli czworo dzieci. Był, o ile dobrze pamiętam, burmistrzem albo kimś tam… jakimś wysokim urzędnikiem w tamtej gminie. A mój ojciec, nie na jego prośbę, ale z chęci pomocy, zorganizował dobrą straż pożarną.
– W wiśni sądowej?
– Tak. I prawie wszystkie potrzebne środki na to zapewnił z własnej kieszeni (śmiech – red.) . A to było wtedy bardzo potrzebne. (ciągle mówi o biedzie na Podhalu koło Limanowej – red.)
– Wróćmy do Sudowej Wiszny. Jak obchodziliście Boże Narodzenie i Wielkanoc?
– Boże Narodzenie było wielkim świętem. Najpierw przyszedł Święty Mikołaj. Zawsze przychodził do nas w nocy, cicho i pod poduszką.
– Czy pamiętasz święta Bożego Narodzenia w Sudowej Wisznej?
– Bardzo dobrze. Generalnie wakacje zaczęły się wcześnie. Bo przygotowaliśmy zabawki. Sami je zrobiliśmy, a nie kupiliśmy.
– Na choinkę?
– Tak, na choince. Przyklejaliśmy bibułkę, były też różne aniołki. Była zabawa, ale były śmieci! Wycinankom nie było końca. To było kilka dni przed świętami. A już w święta nastrój był taki świąteczny, wesoły. Wtedy zazwyczaj już był śnieg. Już jeździliśmy na sankach. A w Wigilię [24] tata poszedł rano do lasu, jeszcze zanim wzeszło słońce, wrócił koło 12. I był obiad, czy nie obiad, nie wiem dokładnie, co to było.
– Czy byłeś na polowaniu w lesie?
– Nie wiem, czy to było na polowanie. Bo nigdy nie przynosił zwierząt do domu. Byli z nim ludzie, którym dano upolowaną zwierzynę i już zdejmowali skórę, mięso… Bo weterynarz zawsze musiał to sprawdzać. A my… nasi rodzice, generalnie, nie byli zbyt… zawsze gdzieś byli. Bo…
– Nie wyszło ci, prawda?
– Nie, nie. Nie pokazali nam. Bo robili choinkę. W małej sali z kamienną podłogą. To była okrągła sala (pod wieżą – red.) . A potem, jak już zjedliśmy Wigilię [25] …
– Czy udekorowałeś choinkę ozdobami, które przygotowałeś?
– I ci, i inni. Dorośli też coś dołożyli (śmiech – red.) .
– Czyli dorośli sami ubrali choinkę?
– Tak. Kiedy byliśmy jeszcze mali.
– A potem?
– A potem wybuchła wojna.
– Gdzie jadłeś obiad (w Wigilię – przyp. red.) ?
– W jadalni.
– A kogo zaprosiłeś?
– Na czuwanie? Ktoś z rodziny, kto przyszedł. Ale zazwyczaj w kręgu rodzinnym.
– W rodzinie – czyli w najbliższym kręgu?
– Nie, nie tylko, bo na przykład Peigertowie byli tacy… moja ciotka była siostrą mojego ojca. Ale… już nie pamiętam, moi rodzice mieli mnóstwo różnych znajomych… Zostawiali tu choinkę. Wtedy nie było elektryczności. Były świece. Sami je zapalali. Jak się kończyło Czuwanie? Siedzenie przy stole… A potem moi rodzice szli do Pasterki [26] i bardzo żałowaliśmy, że nas ze sobą nie zabrali.
– Nie wziąłeś?
– Nie. Nie zabrali nas w nocy (śmiech redaktora) . A do świąt było mnóstwo przygotowań. Bo te świąteczne zabawki robiliśmy prawie cały miesiąc.
– Cały miesiąc?
– No tak. Bo to było rozłożone przez dwie godziny. A potem, cóż, dzieciaki się znudziły. Musiały to poskładać, a potem złożyć z powrotem.
– Co jadłeś na Boże Narodzenie?
– Och, to było ogromne menu. Był biały obrus, siano, gałązki choinkowe obok talerzy… Przede wszystkim zawsze była jakaś zimna ryba. Niewiele…
– Jakiś rodzaj karpia?
– Nie, raczej szczupak.
– Czy ta ryba pochodziła z okolicznych jezior?
– Nie wiem. Pamiętam tylko, co było na półmiskach… Zimna ryba, z jakimś sosem. Ale zanim zasiedli do stołu, były życzenia, był napiwek, życzenia dla siebie, kto o czym pomyślał. Trwało to chwilę, a potem zasiedli do stołu. Mama mówiła, kto gdzie ma usiąść i to było wszystko. A na pierwsze danie była zimna ryba, niewiele. Potem były… żeby nie pomylić kolejności… pierogi z kapustą albo makiem. Potem – zupa. Zawsze zupa. Albo grzybowa, albo barszcz, albo rybna.
– Był podobny do barszczu ukraińskiego, gęsty czy taki czysty?
– Nie, czysty barszcz. Bo to chudy obiad.
– A do barszczu były jakieś krokiety?
– Nie, były abalony z grzybami. Była też druga zupa grzybowa albo rybna. Chleb. Masło, w razie potrzeby. Potem była gorąca ryba. I bardzo często był też duży sandacz (wskazuje dłońmi – red.) , dla każdego. Pieczony, chyba. Nie powiem tego na pewno. Mama nakładała nam go szpatułką. Potem kompot z suszonych owoców i ciasteczka.
– Jakie ciasteczka?
– Zawsze sernik, zawsze makowiec.
– Sernik z rodzynkami?
– Tak. Zawsze była kutia.
– A co powiesz na deser?
– Tak. To już było częścią deseru. Owoce, jak zwykle.
– A kiedy były prezenty? Bo mówiłeś, że była choinka, a drzwi się otworzyły…
– Była herbata i deser, dzwonek…
– Po jedzeniu?
– Tak. Telefon. I, nie wiem, pewnie tata wyjął prezenty – za to, za tamto, za tamto… i rozdał je wszystkim. ˂…˃ Wokół choinki stało mnóstwo miękkich krzeseł… A ostatnia choinka zaczęła się palić…
– W 1939 roku?
– Nie, w 1939 roku nie byliśmy już w Sudowej Wisznie na święta… A po choince znowu zasiedliśmy do stołu – na herbatę i deser. I dużo kolędowaliśmy.
– Czy pamiętasz jakieś?
– (śmiech – red.) Tata zawsze się z jednego śmiał… „W Boże Narodzenie / radość wszelkiego stworzenia / ptaki wzbijają się w górę / śpiewają Jezusowi / słowik zaczyna dyszkantem / wróbel podąża za nim altem…” … Nie pamiętam już, jaki to był ptak…
– Kiedy śpiewałeś kolędy, czy twoja mama grała na pianinie?
– Tak, zawsze.
– A jak zakończyła się Wigilia?
– No i poszliśmy spać, a nie wiem, co zrobili dorośli (śmiech – red.) .
– Czy był tam pastor?
– Oni poszli, my nie.
– A jak wyglądały kolejne dni świąt Bożego Narodzenia – pierwszy, drugi dzień?
– No cóż, śniadanie było dużo później. Bo dorośli spali spokojnie. Bo moja mama wstawała o szóstej rano do końca życia. A tam, w Sudowej Wisznej, jak miała te truskawki, to wstawała o piątej. Wszystko musiała robić sama… Ale dzięki temu udało jej się pozbyć długów, wyremontować dom, mieć wszystko, czego potrzebowała. I jeszcze zaoszczędzić. Bo kiedy urodził się mój brat, to był zwyczaj, że majątki ziemskie pozostały w rodzinie.
– Więc wszystko kręciło się wokół twojego brata?
– Tak. Ale dla mnie odkładali – nawet wtedy! Nie chodziłem jeszcze do szkoły – pieniądze w banku. Oczywiście, wszystko to przepadło. No cóż, mój ojciec był na wojnie. Wojna się zaczęła…
– Rozumiem. No cóż, rozmawialiśmy już o Bożym Narodzeniu. A Wielkanoc?
– No cóż, to była niezła atrakcja. Dostaliśmy stare koszule, pędzle, farby, jajka gotowane w cebuli, białka do kolorowania… i co zrobiliśmy z tym rysunkiem! Zostaliśmy pomalowani, te nasze koszule i te jajka – jak po bitwie!
– Jesteś sam z bratem?
– Z moim bratem. Ale inne dzieci też przychodziły. Nie pamiętam ich teraz. Mieszkali niedaleko. W tym domu mieszkało wielu urzędników, którzy pracowali dla ich ojca i mieli dzieci. A te dzieci biegały wszędzie. Ale nigdy drogą, nigdy za żywopłotem, zawsze ktoś starszy się nimi opiekował.
– A jak wyglądała sama Wielkanoc? Czy wszystko zaczęło się w piątek, czy w czwartek?
– Nie, dużo wcześniej. Moi rodzice chodzili do kościoła.
– W środę?
– No i w środę. Pamiętam, że w Wielkim Poście… Pamiętam też taką scenę: mój brat wziął długopisem kawałek pokrojonego mięsa, a moja mama, która… i mój ojciec powiedzieli: „Dajcie spokój, on jeszcze nie ma takich obowiązków”. No cóż, bo moi rodzice pościli, my nie. Pamiętam, że zawsze jedliśmy te zupy warzywne. Na śniadanie zawsze były jakieś pierogi, jakieś naleśniki, jakieś kotlety.
– Z czego najczęściej robi się naleśniki?
– Z serem.
– A kotlety?
– Robi się je z mielonego mięsa. Było takie danie: robiliśmy kotlety z gotowanych ziemniaków. Gotowaliśmy je na parze, a potem smażyliśmy na patelni. Nie smażyliśmy ich jednak zbyt często. A wcześniej zawsze jedliśmy jakąś sałatkę, marchewkę z jabłkiem. Były różne sałatki.
– A były smażone serniki?
– Były. Tylko to bardziej przypominało chleb. Pamiętam jeszcze, że były pierogi. Ryż z warzywami, z jakimś sosem, śmietaną. Kompot, głównie z jabłek.
– Więc ten kucharz, który przyszedł, gotował, tak?
– Tak. Gotowała rano. Potem zostawiła resztę obiadu i poszła do domu. I była tam jedna osoba, która była tam cały czas. Wieczorem robiła herbatę i zjeżdżała nią windą.
– Więc kucharz był sam?
– Jedno, ale w czasie wakacji było ich więcej.
– Dzwonili ze wsi?
– Tak. Moi rodzice wiedzieli, do kogo zadzwonić. W cegielni pracowało wiele osób, była zamknięta w święta. Ale byli tacy, którzy musieli opiekować się zwierzętami. Bo było tam kilka pięknych koni, ogierów…
– Czy obchodziłeś święta państwowe?
– Pamiętam, że moi rodzice zawsze wywieszali jakiś transparent, jeden czy dwa. I była jakaś uroczysta okazja, bo ojciec kupił gramofon. A przedtem, w święta, gramofon… Pamiętam, że kiedyś w Dzień Wszystkich Świętych byłem z rodzicami na Orlacie. Mój brat nie, ale ja byłem z nimi na cmentarzu w Orlacie [27] . I podobało mi się, bo było naprawdę fajnie… Wtedy jeszcze trudno było się odnaleźć w tej politycznej, historycznej wartości… Bo to wszystko przyszło później. Ale kiedy go zobaczyłem, to zostawiło ślad… Mój ojciec był ubrany w coś, czego nigdy nie nosił. Miał w domu mundur. I wysokie buty. I koń, koń w przedpokoju! To było coś, czego nigdy nie było. A pytałeś o…
– …o świętach. Banery – w jakie święta wieszali je Twoi rodzice? W Dzień Niepodległości czy 3 Maja?
– Nie pamiętam. Na różnych. Po co wieszali te chorągwie? Jedne, drugie… Pewnie w maju, pewnie w sierpniu. W sierpniu robiono specjalnie bukiety z ziół na poświęcenie ziół (15 sierpnia – Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny – poświęcenie wianków, ziół i kwiatów – przyp. red.) . Palmy były też zawsze w święta wielkanocne, w wigilię Wielkanocy.
– A z czego były zrobione te palmy? Z bambusa czy…?
– Ponieważ oboje moi rodzice pochodzili z południowych regionów Polski, kultywowali miejscowy zwyczaj oplatania patyka gałązkami wierzby i ozdabiania go suszonym mchem, papierowymi kwiatami, pięknymi różami, wstążkami. I nieśli to wszystko do kościoła. Były tam też małe palmy, a niektóre niosło kilku chłopców.
– Więc zrobili to jacyś miejscowi?
– Tak, miejscowi. Było tam dużo Ukraińców, Łemków. Była enklawa aż do Krynicy włącznie, gdzie było dużo Łemków. A potem już ich nie było… byli nasi. Dowiedziałem się o tym dopiero po wojnie…
– Co nie jest nasze?
– Nie, nie. To słowo to… Bandera.
– Po wojnie?
– Tak. I długo pytałem, co to jest. Już rozumiałem. Wiem, że podczas okupacji słowo „Niemcy” mroziło krew w żyłach. A w czasie wojny widzieliśmy wiele. Bo wciąż pytaliście, jak opuściliśmy nasz dom.
– Ale mamy jeszcze informacje o pokojach w pałacu, o tym nam jeszcze nie mówiłeś.
– No cóż, były pokoje gościnne, przeważnie dwuosobowe.
– Tak, mówiłeś, że to były pokoje na pierwszym piętrze, a ty i twoi rodzice mieszkaliście na parterze?
– Tak, a moja babcia mieszkała w wieży. Na pierwszym piętrze. Miała taras. Były tam dwa pokoje i łazienka. Moja babcia miała własną służbę.
– Jak więc wyglądały te konkretne pomieszczenia? Zacznijmy na przykład od jadalni.
– Jadalnia była bardzo ładna. Stał w niej duży gdański kredens z dębu. Była winda, która przywoziła jedzenie z góry.
– Które to piętro?
– Parter. Był tam również stół, który można było rozłożyć na całej sali. Mógł pomieścić 36 osób. Był też wózek z dwiema tacami, żeby nie trzeba było nosić jedzenia, gdy przy stole siedziało wiele osób.
– A ta winda z jedzeniem zjeżdżała do kredensu?
– Tak.
– A kucharz odkładał to jedzenie.
– Tak. Winda była elektryczna. Tata ją zrobił, bo bardzo niewygodnie było mieć jadalnię tutaj, a kuchnię piętro wyżej. Kiedy stół nie był nakryty, mogliśmy jeździć po jadalni na hulajnodze.
– A co było w pobliżu?
– Dwa salony. W salonie (tym pierwszym – red.) stał okrągły stół z jasnego drewna, fotele, sofa, mały stolik do brydża, albo babcia układała na nim pasjansa. Były też fotele. I duża biblioteka.
– Gdzie była biblioteka?
– I w salonie, i u taty (w gabinecie – przyp. red.) po obu stronach.
– Czy kolekcjonował jakieś książki? Jakieś antyczne egzemplarze?
– Nie wiem. Ale książek było bez liku. Gazet i książek. Bardzo, bardzo dużo. I niczego takiego nie było.
– I był tam też mały salonik, w którym stała choinka.
– Tak. Czasami było zamknięte. Kiedy zapaliła się tam choinka, otworzyli wszystkie okna i drzwi. Od razu ją wynieśli.
– A w inne dni, co się działo, co się działo?
– Nic podobnego.
– Czyli ten salon był w wieży, w której mieszkała babcia?
– Babcia mieszkała na pierwszym piętrze.
– Była tam biblioteka, było też biuro…
– Nazywało się to biuro. I mała poczekalnia. I osobne wyjście z poczekalni. Można było tam powiesić płaszcz, uczesać się. Biuro było duże i było tam mnóstwo książek. Czasami pracowała tam jakaś pani, która przychodziła i zapisywała coś w książkach. Albo na maszynie do pisania.
– Pamiętasz jej imię?
– Nie. Tylko że była starsza.
– Ze wszystkich ludzi, którzy pracowali u twojego ojca, pamiętasz tylko Iwaszkę, prawda?
– Tak, Józefie Iwaszko. A poza tym, przez jakiś czas, kiedy tu przyjechała, Zofia Kušykova zajmowała się garderobą (pościel itp.), a Kušyk wypalała cegły w cegielni. A ponieważ Zofia Kušykova była panną i, zdaje się, sierotą, kiedy się zakochali, moi rodzice ich pobrali, a mama dała jej posag. Musiała być pierzyna, nie koc, ale pierzyna, mnóstwo kompletów pościeli, ręczniki, jakiś obrus, firanki. Nie wspominając o tym, że moja mama była matką chrzestną prawie wszystkich dziewczynek ludzi, którzy byli wokół nas (oczywiście mówimy o tych rodzinach, które pracowały dla rodziny Marsów – red.) . No, to było z tym związane… moja mama poszła kiedyś do takiego sklepu we Lwowie i kupiła medaliony, złote. Nawet ją pytali: „Co, ta pani ma zachoronkę [28] ?” (śmiech – red.) .
– W zwykłe dni mówiłeś, że te kotlety ziemniaczane były podawane przy stole…
– Dania były różne. Zupy były warzywne, często była ogórkowa, jakaś zupa ogórkowa…
– Czy było jedno danie?
– Nie, dwa. Dwa dania i deser. Tylko że nic nadzwyczajnego, żadnej pieczeni, żadnej ryby z otwartymi pyskami, nic z tych rzeczy. Oczywiście, że była ryba. Ale nasi rodzice zawsze wyjmowali z niej ości.
– A co się stało za drugim razem?
– Takie kotlety, ziemniaki, buraki czy marchewka…
– A na deser?
– Najczęściej kompot albo budyń. Albo kawałek dobrego ciasteczka.
– Co zdarzało się najczęściej?
– Serniki.
– Smażony ser?
– O nie, często jedliśmy takie serniki na drugie danie na śniadanie, takie jak ser smażony z kminkiem.
– Och, sernik to deser z rodzynkami, o to ci chodzi?
– Różne… Babeczka pokrojona na kawałki. Albo jakiś strudel owocowy, kawałek. Różnie to bywało. Kompot.
– A jakie owoce?
– I śmietanka, i winogrona…
– A na święta coś bardziej wyrafinowanego?
– No, była kutia, był mak…
– A jak przybyli goście?
– Mama zawsze coś tam miała. Bo to jest inne… Młodzi jedzą jedno, starsi jedzą co innego. Mężczyźni lubią pewien rodzaj whisky…
– Jaki alkohol piłeś, whisky?
– Nie pamiętam dokładnie. Pamiętam tylko koniak. I wino, ale czerwone.
– Czy to było zakupione wino?
– Mój ojciec generalnie wiedział, jak obchodzić się z winem kupionym. Ale w większych ilościach. A ze starym winem samym… Chodził i kręcił butelkami, które leżały w pobliżu. A uwielbiał czerwone wino. Czasami w zwykły dzień, przed obiadem, oprócz wody…
– A skąd zamawiałeś to czerwone wino, pamiętasz?
– Głównie na Węgrzech. Czerwone wino, czasami Tokaj, usłyszałem to słowo i zapamiętałem.
– A jakie były relacje twojego ojca z mieszkańcami Sądowej Wiszny? Opowiadałeś nam już o tych, którzy pracowali u niego w cegielni i w stajni. A jakie były jego relacje z innymi – Ukraińcami, Polakami, Żydami?
– Nie powiem tu nic konkretnego. Wiem, że czasami ludzie przychodzili, czekali, załatwiali pewne sprawy. Relacje były dobre. Nie było wątpliwości, że ktoś… Moi rodzice, którzy… moja matka podróżowała po świecie, miała siostrę, która ciągle się tułała… Wbrew powszechnym zwyczajom, moi rodzice, jak słyszałem, krytykowali ich za to, że w ogóle cokolwiek zmieniają. Czy on jest czarny, czy jest taki, czy inny. Twierdzili, że to absolutna podstawa przed eksterminacją. Z Żydami, nie wiem, bo nas już nie było w Sudowej Wisznej. Kiedy Niemcy przyszli po raz drugi, zrobili pogromy, straszne rzeczy. Z Ukraińcami…
– Mój ojciec w ogóle nie znał rosyjskiego.
– A czy miejscowi – powiedzmy Łemkowie, Rusini, Ukraińcy – wiedzieli?
– Musiał wiedzieć, bo dużo czasu spędzał na rozmowach i spotkaniach z Szeptyckim.
– Znałeś Szeptyckiego?
– Tak.
– Ciekawe. Jak się poznali?
– Nie wiem.
– A co on miał do Szeptyckiego?
– Zawsze mówiłem, że Szeptycki posunął się trochę za daleko. Nie wiem dlaczego. Ale spotykaliśmy się bardzo często. Kiedy byłem we Lwowie, zawsze odwiedzałem Szeptyckiego w kościele św. Jerzego. Poznał go gdzieś w wojsku. I był z Szeptyckim bardzo zaprzyjaźniony. Co więcej, nawet do nas przyjechał.
– Czy pamiętasz, kiedy przyszedł Szeptycki, czy wiesz to tylko z opowieści rodziców?
– Tylko z opowieści moich rodziców.
– Co konkretnie zrobił? Po co przyjechał?
– Nie wiem.
– A na czym opierała się ta przyjaźń?
– No cóż, kiedy mój ojciec jechał służbowo do Lwowa, to zawsze go odwiedzał.
– Tylko po to, żeby porozmawiać, czy mieliście jakieś wspólne zainteresowania?
– Nie, nie mieliśmy żadnych zainteresowań, przyszedł porozmawiać. Jego ojciec przyniósł mu truskawki, bardzo je lubił.
– Te truskawki, które uprawiała twoja mama?
– Tak. Były zerwane rano, świeże. Proszę, jeśli ci się podobają, możesz je mieć. Zamiast kwiatów.
– Jakie miałeś kontakty z miejscowymi Łemkami i Ukraińcami?
– Niezupełnie. Więcej kontaktów z Łemkami było tutaj, w Polsce, po wojnie. Kiedy zaczął się pogrom, ten zwany „Wisłą”, Ukraińcy zostali strasznie skrzywdzeni. Nie wiem za co? Wielu z nich wywieziono do Szczecina i okolic. Byli tam bardzo nieszczęśliwi. Najcenniejsze rzeczy stamtąd rozkradziono – cerkwie, a jeśli im się udało, ikony wywieziono na Zachód. A księży, nie wiem jak i gdzie…
– I tam na miejscu, od tych Ukraińców, których pan znał, z kim kontaktował się pański ojciec lub matka?
– Tak. Znaliśmy ich. Zawsze wiedzieliśmy, jak powiedzieć „dzień dobry”, pogłaskać ich po głowie i zapytać „jak się macie?” (śmiech – red.) .
– Tak, umieli powiedzieć „jak się masz?”. A jakieś przyjacielskie kontakty z miejscowymi Ukraińcami?
– Niezupełnie. No cóż, mój tata na pewno miał jakieś kontakty. Bo miał też duże lasy, gdzie byli leśnicy. Polował… i mój tata nie polował sam, ale z wieloma ludźmi z okolicy. Umawiali się z wyprzedzeniem.
– Czy pamiętasz, gdzie dokładnie polowałeś?
– W Bortiatynie były lasy. Również w kierunku Lwowa, aż do Zimnej Wody. Było tam wiele terenów leśnych, gdzie można było polować. Zawsze jeździli na polowania wozem zwanym „linią”. Nie patrzyli do przodu, tylko na boki. Albo na koniach. Mój ojciec miał ten wóz chyba przez jakieś dwa miesiące.
– Czyli kupiłeś go tuż przed wojną?
– Nie, nie, miałem wcześniej używany samochód, który nie był niczym szczególnym. A mój ojciec powiedział: „Nigdy w życiu nie zamienię koni na samochód”.
– Ach, nie chciałeś mieć samochodu?
– Kochał konie. Muszę ci powiedzieć, że miał bardzo piękne konie. Było nawet Stado Ogierów [29] . Było państwowe.
– Kiedy tam byłeś?
– Tak, z moim ojcem.
– I co zapamiętałeś?
– Cudowne konie na padoku. Bez uprzęży, bez niczego. Wszystkie na wolności. Mnóstwo koni. Byli tam weterynarze. Mój ojciec też ich odwiedził. Były tam dwie osoby, które wcześniej były z moim ojcem w Dublanach. Nie studiowały tego samego kierunku co mój ojciec, bo były weterynarzami, zajmowały się wyścigami.
– Czy twój ojciec jakoś z nimi współpracował, opiekując się swoimi końmi?
– No cóż, poza jeżdżeniem na nich, a czasem ich ubieraniem – zakładaniem uzdy, siodła, chomąt, czasami to robił. Dwie klacze, młode i piękne, półkrwi angielskiej, zostały uratowane, bo moja matka z nimi uciekła. Przywieźliśmy je do Limanowej. Potem byliśmy u OO. Cystersów. Dali trochę pieniędzy na ogiery. A mój ojciec je sprzedał, były już stare, nie aż tak stare, może 7, 8, 9 lat…
– Nie miałeś samochodu. Jak wyglądały toalety w domu, czy miałeś bieżącą wodę?
– Tak. Wszędzie. Oświetlenie elektryczne, dostęp do wody, ogrzewanie centralne.
– A ludzie na wsi to mieli, czy pan nie pamięta?
– Nie wiem.
– Jak wyglądał twój pokój, pamiętasz?
– No cóż, moje łóżko. Dwie półki z zabawkami. Duży stół i trzy krzesła.
– Więc mały pokój?
– Nie, jest mały.
– Czy twój brat miał podobne doświadczenie?
– Tak. Miał coś podobnego, ale pokój był większy. Kiedy jeszcze spał, był mały, ktoś spał z nim w pokoju. Był taki… Ciągle chorował i ciągle go wywożono do Lwowa… Ale Roman Wojcicki, warto… w samej Sudowej Wisznej. To bardzo znana osoba. Bardzo go lubię za różne rzeczy… Jego matka pracowała u moich rodziców przed wojną. Już nie żyje. Ale on zbierał mnóstwo różnych…
– A kim ona była?
– Nie wiem. Może była kucharką, albo pomagała w kuchni… Nie biorę za to żadnej odpowiedzialności.
– Rozumiem. Nie pamiętasz jej osobiście?
– Nie. Byłam u Wojciechów wielokrotnie. Dwa razy nocowałam u nich. Bo tam nie ma hotelu. I zawsze jechałam albo ze szwagrem, albo z mężem, samochodem. A jeśli byłam sama, to gdzie miałam nocować? I zdaję sobie sprawę, że nie zawsze było bezpiecznie.
– Oczywiście, że tak.
– Zawsze chciałem biegać boso po trawie, tak jak wtedy, gdy tam mieszkaliśmy. Pamiętam ten luksus (śmiech – red.) .
– Czy pamiętasz jak wyglądały pokoje gościnne?
– Pokoje gościnne były bardzo ładnie umeblowane. W różnych kolorach.
– A jakie to były kolory?
– Jasnozielony, biały, beżowy. A moja mama zawsze dbała o to, żeby narzuty były miękkie, jakiś porządny koc, dwie poduszki, zawsze osika. Drewno zawsze było jasne. Czarny kredens i czarne krzesła… moja mama zawsze powtarzała, że jedno wystarczy.
– Czyli na pierwszym piętrze były tylko pokoje gościnne i nic więcej?
– Salony, korytarz, jadalnia. Spiżarnia (pantry – red.) , rodzaj domowego schowka, również znajdowała się na piętrze. A więc pokoje gościnne, korytarz i wyjście do babci.
– Osobno, do tej wieży?
– Tak, do wieży, do babci.
– Czy było osobne wejście z podwórza dla kucharki, dla babci?
– Oddzielne wejście do kuchni z zewnątrz znajdowało się z boku. Był to mały korytarz.
– Czyli na nabożeństwo nie było osobnego wejścia?
– Nie. Nie było takiego podziału, że to jest moje, a tamto jest moje.
– No tak. Pytam, bo takie rzeczy się często zdarzają.
– Moi rodzice dużo podróżowali, czytali, podróżowali, rozglądali się. Byli bardzo mobilni. Nie byli bardzo młodymi ludźmi. Pobrali się w 1931 lub 1932 roku. Mama miała 28 lub 29 lat, a tata 40. Nie byli więc takimi młodymi awanturnikami. Byli doświadczonymi ludźmi i obserwowali… bo w rodzinie działy się różne rzeczy – poważne choroby, zgony, chrzciny, śluby. Ciągle coś się działo. A w tak dużej rodzinie to było normalne zjawisko… Bo zdarzało się rzadko – mama była jednym z ośmiorga dzieci, a tata jednym z sześciorga.
– Czy twój tata interesował się życiem Sudowej Wiszny?
– Bardzo.
– Władze lokalne, wybory…
– Wszyscy. Został sponsorem boiska piłkarskiego i placu zabaw dla Sokoła. Bieganie, gimnastyka, jakieś zawody, graliśmy w piłkę nożną. Więc ojciec płacił z własnej kieszeni…
– Wspomniałeś też o straży pożarnej…
– Tak.
– Skoro mowa o władzach lokalnych, czy utrzymywał Pan z kimś przyjacielskie stosunki?
– Dla Peigertów byli rodziną.
– I przyszedł do ciebie, Włodzimierzu Paigert, tak?
– Tak. Mieli czworo dzieci, dwóch synów i dwie córki. Najmłodszy jest ode mnie dużo młodszy. Wszyscy inni już zginęli. Bo jeden zginął w AK [30] , na spotkaniu z Niemcami. A drugi szukał go w marcu w Dunajcu i wtedy miał takie nogi, że własnych już nie mógł używać. Był jeszcze młodym chłopakiem. Obaj poszli od samego początku (w AK – red.) . Jeden miał 17 lat, a drugi 19.
– Szkoda chłopaków. Pamiętasz Włodzimierza Peigerta?
– Pamiętam. Był chudy, nie lubił bawić się z dziećmi. Był starszy od mojego ojca, bo starsza siostra mojego ojca wyszła za niego za mąż. Chłopcy byli już wtedy prawie dorośli, a dziewczynki młodsze. Jedna była ode mnie starsza, a druga młodsza.
– Pamiętasz, o czym rozmawiali? Co łączyło V. Peigerta z twoim ojcem? Czy to była tylko przyjaźń rodzinna?
– Przede wszystkim przyjaźń rodzinna. Mieszkali w Sudowej Wisznej. Mieli własne mieszkanie. Często przychodzili na obiady. W końcu żona Peigerta była córką babci, która mieszkała z nami. Była matką mojego ojca i Marii Peigert.
– Byłeś w centrum miasta Sudova Vyshna?
– Stało się.
– Jak często?
– Pamiętałem kościół, w którym to było. I bardzo fajny sklep z zabawkami. Czasami chodziłem na aukcję.
– A co zapamiętałeś z aukcji?
– Pamiętam, jak pięknie były ułożone warzywa.
– Czy to był produkt lokalny?
– No cóż, marchewki, kapusta, bakłażany, ogórki i jabłka były dobre.
– Miałeś jakichś przyjaciół w Sudowej Wisznie?
– Niewiele. Nie było mowy. Czasami te Paigertivny. Zostawiali je u nas i bawiliśmy się razem. Były tam dzieci dyrektora cegielni, pana Andrijewa. Graliśmy z nimi w piłkę. A później, kiedy byłem starszy, jeździliśmy na rowerach. Graliśmy w piłkę dużo i często, ale też bawiliśmy się w chowanego. Wspinaliśmy się na drzewa.
– Na drzewach? Ale rodzice ci nie pozwalali, prawda?
– Nie. Ale siedzieliśmy na drzewach, w ogrodzie.
– Czy odwiedziłeś jakieś dzieci w Sudowej Wisznej?
– Tak, Peigerci.
– Ktoś jeszcze?
– Nie pamiętam.
– Czy pamiętasz, jak był rozplanowany pałac wokół niego?
– Było w tym stylu, trochę angielskim. Pięknie przystrzyżone trawniki. Ścieżki były idealnie czyste. Nie pamiętam żadnych małych kwiatów, poza nasturcjami, które rosły tam, gdzie było wyjście z kuchni. I była tam wąska rabata z astrami.
– Gdzie była ta grządka?
– Przy ścianie, przy wejściu do kuchni. Rosły tam nasturcje i astry. Było mnóstwo kwiatów w czymś, co wyglądało jak wazony.
– A gdzie oni byli?
– Na wszystkich balkonach. Te wazony były ogromne. Kwiaty były cudowne – różowe, białe. Było kilka czerwonych. Każdy wazon miał inny kolor. Większość była różowa. Hortensje i róże stały przy kolumnach. Ale były tak ustawione, żeby nie chowały się pod dachem. Bo kwiaty pod dachem nie urosną. A wszędzie indziej była skoszona trawa. Był żywopłot nad rzeką, przy drodze, wszędzie był żywopłot, a poza tym pewnie jakaś siatka albo płotek… Nie wiem. Ale zawsze mieliśmy żywopłot. A tam, gdzie był stadion, była łąka z kwiatami. Pamiętam, jak kosili i były tam sterty siana.
– A gdzie grałeś najczęściej?
– Wszędzie. Najczęściej przed domem, bo było tak gorąco…
– Przed domem – czy przed kolumnami?
– Nie, tam, gdzie jest wejście. Był tam też kawałek bardzo pięknej łąki. A między drogą do domu a łąką poniżej (obecny stadion – red.) rosły ogromne drzewa, których z bratem nie mogliśmy ominąć. Ale zostały natychmiast ścięte i na tym się skończyło.
– Kto ich wyciął?
– Armia rosyjska. Uciekaliśmy przed nimi. W domu nie było męża. Babcia już źle się czuła. A mieliśmy ogromną rodzinę, niedaleko. Mama się bała – co im zrobi? Najpierw byli Niemcy. Kiedy byli Niemcy, wszyscy tam byliśmy. Mamie było łatwiej, bo mówiła po niemiecku. Niemcy ją rozumieli. Bardzo lubili dżemy (dżemy – red.) . Kazali mamie zagrać im na pianinie, ale mama kategorycznie odmówiła.
– Nie chciałeś grać na pianinie?
– Nie. Chcieli czegoś – proszę, masz to? Jedzenia, dżemów, czy czegoś innego. Zajęli pokoje gościnne. Ale nie sprawili nam żadnych namacalnych niedogodności. No cóż, oczywiście, była wojna. Ciągłe bombardowania, pożary.
– Słyszałeś wtedy wybuch bomb?
– Oczywiście.
– Czy poszliście gdzieś się ukryć?
– Teraz opowiem ci wszystko szczegółowo. O Niemcach. Żądali, żebyśmy im gotowali. Bo u moich rodziców mieszkali oficerowie, bardzo schludni, oswojeni Europejczycy. Było dla nich bardzo wygodne, że moja mama mówiła po niemiecku. I widzieli konie w stajni. Oczywiście, umieli jeździć konno. To było pokolenie, dla którego koń był jednocześnie czołgiem i transportem wojskowym. I dlatego ten koń był tak ważny. Bo koń był dla wojska, dla handlarzy, dla wszystkiego.
– A co z tymi końmi, zabrali je?
– Tak, chcieli je zabrać. Były prowadzone, to były dobre konie. Mama powiedziała im, że ma dla nich dokumenty. „Czy pani nam je odda?” – „Nie”.
– Dokumenty na koniu?
– Tak, ich zapisy. A on mówi: „Rozumiem, że to wojna, że oceniliście, co jest w stajni. Ale proszę o pokwitowanie. Wojsko mi je zabiera, proszę pana, wie pan, że to dużo pieniędzy. Mogę ich nie wykorzystać, ale wiem, że nie piłem ani nie przegrałem w ruletkę, a to było w ramach rekwizycji. Ponieważ konie są pełnej krwi angielskiej, mają długą historię i dobre biografie, wszystko jest zapisane, spisane, jest księga. Oddam je, ale proszę o pokwitowanie”. I tak zrobili. Ale zniknęli w ciągu pół godziny.
– Ile koni zabrano?
– Wszystkie. No, może nie wszystkie, ale wszystkie są warte uwagi.
– Czyli coś zostawili?
– Tak, szczególnie te dwie klacze, na których wtedy uciekliśmy…
( ciąg dalszy wkrótce… )
[1] Ziemianie – klasa społeczna właścicieli ziemskich, dziedziców majątków ziemskich, właścicieli dużych i średnich majątków ziemskich. Termin „ziemianie” w odniesieniu do szlachty, jako właścicieli majątków ziemskich, był najszerzej używany w XIX wieku. Dziedzice przestali istnieć po II wojnie światowej, gdyż utracili materialną podstawę swojego bytu.
[2] Powstanie styczniowe (Powstanie Polskie 1863-1864) było narodowowyzwoleńczym zrywem Polaków przeciwko Imperium Rosyjskiemu, obejmującym ziemie Królestwa Polskiego, Litwy oraz częściowo Białorusi i Ukrainy Prawobrzeżnej. Przyczyną wybuchu powstania było dążenie narodowo świadomej części społeczeństwa polskiego do uzyskania niepodległości państwowej i odbudowy Rzeczypospolitej Obojga Narodów.
[3] Rzeczpospolita Krakowska to nazwa nadana Wolnemu Miastu Kraków, państwu utworzonemu 18 października 1815 roku na mocy decyzji Kongresu Wiedeńskiego. Znajdowało się ono pod władzą trzech sąsiednich państw: Cesarstwa Rosyjskiego, Królestwa Prus i Cesarstwa Austriackiego. Była to republika konstytucyjna oparta na Kodeksie Napoleona i własnej konstytucji.
[4] Limanowa to miasto w Polsce, w Beskidach Zachodnich. Jest stolicą powiatu limanowskiego w województwie małopolskim.
[5] Pustomyty – miasto na Ukrainie, w rejonie lwowskim obwodu lwowskiego, centrum administracyjne gminy miejskiej Pustomyty.
[6] Graboszyce – wieś w Polsce, położona w województwie małopolskim, w powiecie oświęcimskim, w gminie Zator.
[7] Legiony Polskie były polską ochotniczą jednostką wojskową w latach 1914–1918, utworzoną z inicjatywy Józefa Piłsudskiego jako część armii austro-węgierskiej, mającą walczyć o odzyskanie niepodległości przez Polskę.
[8] Matura – egzaminy kończące szkołę średnią.
[9] Zapis to szczególna forma zapisu w testamencie ustnym lub pisemnym, która określa darowiznę (dziedziczenie) na rzecz określonej osoby (zapisobiorcy), która nie jest głównym spadkobiercą.
[10] Grób Jana Marsa i jego żony Józefy znajduje się w Sudowie Wyszni, o czym świadczą dwie płyty nagrobne z odpowiadającymi im napisami na cmentarzu polskim w Sudowie Wyszniej. W katalogu zawartym w książce Inscriptiones funebres in confinio Poloniae et Ucrainae repertae, t. II (red. Lesław Morawiecki, 2004), znajdujemy wpis dotyczący pochówku Jana Marsa (patrz: S. 183), brak jednak informacji o Józefie Jasińskiej.
[11] Chodzi o Antoniego Izydora Marsa (1851-1918) – położnika i ginekologa, profesora, dziekana wydziału lekarskiego i rektora Uniwersytetu Lwowskiego, założyciela pierwszej we Lwowie kliniki chorób kobiecych.
[12] Ulica Akademiczna we Lwowie istniała w latach 1871–1955, od tego czasu nosi nazwę Aleja Tarasa Szewczenki.
[13] Nowy Targ (Nowy Torg) – miasto w Polsce, położone nad Dunajcem. Jest stolicą powiatu nowotorskiego w województwie małopolskim.
[14] Chodzi o wspomnianego już Antoniego Izydora Marsa. Dziadkiem Krystyny Mars-Hawlikowski był Kazimierz Leon Conrad Mars (1861-1908).
[15] W Okoczymie (obecnie wieś w gminie Brzesko, powiat brzeski, województwo małopolskie) działał wówczas jeden z największych browarów w Polsce.
[16] Przeszów – wieś w Polsce położona w województwie małopolskim, w powiecie limanowskim, w gminie Łukowica.
[17] Szczyżyc – wieś (dawniej miasto) w Polsce, położona w powiecie limanowskim, w województwie małopolskim, w gminie Jodłównik.
[18] Cystersi (bernardyni) są członkami zakonu katolickiego założonego we Francji przez mnichów benedyktyńskich w 1098 roku. Wpływy zakonu znacznie wzrosły po reorganizacji jego działalności w XII wieku przez opata Bernarda z Clairvaux (stąd druga nazwa członków zakonu – bernardyni, bernardyni).
[19] Ziemie Powrócone (znane też jako Kresy Zachodnie) to tereny uznane za część Polski po II wojnie światowej zgodnie z postanowieniami konferencji poczdamskiej.
[20] Masztalir – osoba powożąca powozem konnym (woźnica, stangret, woźnica).
[21] Koziołek Matołek to postać z jednego z pierwszych i najsłynniejszych polskich komiksów, stworzonego w 1933 roku przez Kornela Makuszyńskiego (tekst) i Mariana Walentynowicza (ilustracje). Dziś jest postacią kultową w polskiej literaturze dziecięcej.
[22] „Dziewczynka z zapałkami” to jedna z najsłynniejszych baśni duńskiego pisarza Hansa Christiana Andersena, opublikowana po raz pierwszy w 1845 roku.
[23] Jean de La Fontaine (1621 – 1695) – francuski poeta, bajkopisarz, twórca nowego typu bajki w literaturze światowej.
[24] Wigilia to dzień poprzedzający Boże Narodzenie, tj. 24 grudnia.
[25] Chodzi tu o Świętą Wieczerzę w Wigilię Bożego Narodzenia, 24 grudnia.
[26] Pasterka to uroczysta msza odprawiana w nocy (najczęściej o północy lub wieczorem) z 24 na 25 grudnia, szczególne liturgiczne święto Bożego Narodzenia.
[27] To jest „Pomnik Orląt Lwowskich” – pomnik wojenny na Cmentarzu Łyczakowskim, gdzie pochowani są Polacy, którzy brali udział w walkach z ZURL i bolszewikami.
[28] Zachoronka – placówka oświatowa dla dzieci na terenie ówczesnej Galicji, w pewnym sensie przypominająca dzisiejsze przedszkola.
[29] To jest Państwowe Stado Ogierów w Sudowej Vysnej.
[30] Armia Krajowa była polską podziemną organizacją wojskowo-polityczną działającą podczas II wojny światowej na terenie Polski, zachodniej Ukrainy, zachodniej Białorusi i Litwy. Powstała na pograniczu w latach 1939–1940 i podlegała rządowi polskiemu na uchodźstwie w Londynie.